|
|
Związek Rodu Żółtowskich - Kwartalnik | |
| Nr 9-10, edycja elektroniczna | Skierniewice, lipiec-grudzień 1995 | |
| « Poprzednia strona | Związek | Kwartalnik | Archiwum Kwartalnika | Biblioteka | Redakcja | Wyszukiwanie | Spis treści numeru | Następna strona » |
Organizatorzy: Ryszard z Suwałk, Rafał z Korycina Natalia i Jarosław ze Skierniewic.
W dniu 7 września po południu przyjeżdżają pierwsi uczestnicy Zjazdu. Rolę gospodarza pełni Ryszard z Suwałk. To są jego rodzinne strony - północno wschodnia Polska - kresy wschodnie, jak sam to nazywa. Jest więc pierwszym z Rodu, który pojawia się w Ośrodku Wczasowym GUZIANKA należącym do Narodowego Banku Polskiego. Jest gospodarzem tego terenu, administratorem obiektu, który powstawał pod jego okiem, który jest oczkiem w głowie i pasją Ryszarda. To piękny obiekt, komfortowy, dający możliwość beztroskiego wypoczynku.
Następnie pojawiam się ja - piszący te słowa - Rafał z Korycina. Przyjechaliśmy całą rodziną, czyli sześć osób. Powitania i pierwsze rozmowy. Wita nas kierownik Ośrodka Tadeusz Ostrówka, dzięki któremu wypoczynek nasz przebiegał w serdecznej atmosferze i miło. Za chwilę jest Mieczysław z synem, synową i wnukiem. Oni mają najdalej. Rozglądają się, są pogodni i zadowoleni, że dotarli. "Aleś nas zjeździł" mówi Mieczysław, szczęśliwy że już dotarł na miejsce. Zakwaterowanie w pokojach hotelowych lub w domkach. Nie wiadomo co wybrać! Hotel wspaniały, domki jeszcze lepsze. Pobieramy telewizory, wszędzie jest telefon, łazienki, natryski, włączamy grzejniki, gdy nadchodzi wieczorny chłód. Docierają następni goście. Przyjeżdżają członkowie, gdyż na 7 września jest zapowiedziane pierwsze posiedzenie. Po kolacji dojeżdża Piotr z Sandomierza, jak zawsze z Karolem. Jest profesor Wojciech, dociera Jarosław ze Skierniewic, Wacław z żoną z Łodzi. Lidka - wiadomo - zawsze jest na Zjazdach. Kolacja smakuje po podróży. W godzinach wieczornych zbieramy się w sali kominkowej. Zebranie jest niepełne, gdyż nie ma wśród nas Prezesa Andrzeja Ludwika, także Michała seniora z Lasek. Wiemy, że przyjadą dopiero jutro wieczorem. Kłopoty zdrowotne Andrzeja Ludwika pokrzyżowały im plany. Jednak Michał z Warszawy lekarz zdiagnozował i poleczył Prezesa, tak by mógł być obecny, choć trochę spóźniony. Andrzej z Gliwic usprawiedliwił swą nieobecność listownie, Bożena ze względów osobistych nie wzięła udziału w Zjeździe. Pochowała matkę i opiekowała się chorym ojcem. Zebranie więc było krótkie. Ustaliliśmy program na następne dni. Po zebraniu sprzedawaliśmy znaczki Związku Rodu Żółtowskich wykonane przez Jarosława ze Skierniewic i przez Rafała z Korycina. Mieliśmy cztery wzory znaczków. Wszystkie przedstawiające herb Ogończyka z okolicznościowym napisem, w formie breloka, wpinane do klapy marynarki, z możliwością noszenia na szyi. Cieszyły się dużym zainteresowaniem. Sprzedano także 15 kopii filmu z Soczewki i dwie kopie z Zajączkowa. Niewątpliwie dużą radością dla Zjazdu była obecność Janiny i Stefana z Bydgoszczy z ich charakterystyczną Syrenką. Są to starsi wiekiem Żółtowscy, szalenie pogodni i bardzo zżyci z naszym Rodem. Ze względu na wiek Stefanowi ciężko było chodzić, lecz nie zrezygnował z żadnej imprezy, wszędzie był obecny i przy pomocy Janiny dotrzymywał nam kroku. Jeżeli Stefanie przyjdzie Ci przeczytać te słowa, wiedz, że obecność Twoja na Zjeździe umocniła moją wiarę w to, że można osiągnąć wszystko, jeżeli się tylko chce. Pragnę byś uczestniczył w kolejnych Zjazdach, gdyż to właśnie Ty świadczysz o naszej wielkiej więzi rodzinnej. Prezes także podkreślił Twój wkład do spójności Związku w swoim przemówieniu na zebraniu ogólnym.
Nadszedł wieczór czwartkowy, ciepły nie tylko pogodą, ale i radością ze wzajemnych spotkań. Tak było wspaniale, że u mnie w domku spotkaliśmy się z Ryszardem i przemiłą Celiną, jego żoną na lampce koniaku, z Jackiem i Barbarą ich synem Bogdanem i synową Marysią. Nasze dzieci przepadły gdzieś nad jeziorem z Karolem, Kasią, Olą, Anią i innymi.
Potem przyjechał Bosman, Magda i grupa młodzieży. A ileż dzieci Piotr z Poznania, Witold z okolic Płocka zasilili Zjazd w młode pokolenie. Byli wśród nas Żółtowscy, których nie po raz pierwszy widzimy. Już jest inny język, już są wspólne problemy, są tematy, jest w ogóle mówiąc po młodzieżowemu "fajnie". Przyjeżdżają także, jak co roku, "nowe twarze". Tym razem grono nasze powiększyło się o Wałbrzych - ojciec oraz o jego syna Piotra Poznań, także Sztum - Mariusz i Mirella oraz Piotra z Płocka, sympatyczny chłopak. Jest 70 osób; jest z kim rozmawiać, wspominać, planować, tylko czasu mało, bo z każdym by się chciało zamienić kilka słów.
Rano piątek wita nas ładną pogodą. To dobrze, gdyż według programu czeka nas wycieczka do Świętej Lipki, miejsca pielgrzymek i kultu religijnego, jak i do Gierłoży k/Kętrzyna, wojennej kwatery Hitlera i jego sztabu. Opieka kierownika Ośrodka NBP zapewnia nam w ciągu pół godziny odpowiedni autokar. W Świętej Lipce wynajmujemy przewodnika, który oprowadza nas po sanktuarium oraz jedzie z nami do Gierłoży. Wycieczka udaje się, słychać wyrazy zadowolenia z ust wycieczkowiczów. Mimo to, że płatna osobno, na frekwencję nie można narzekać. Wracamy na obiad. Kierownictwo i obsługa Zjazdu czekają na nas z obiadem do godziny 17. Po prostu obsługują nasz Zjazd według naszego życzenia i według naszych potrzeb. Po wycieczce miała się odbyć wystawa fotograficzno-akustyczna, lecz ze względu na nieobecność osób prowadzących tę wystawę nie doszła ona do skutku. Wypadł nam niewątpliwie bardzo ciekawy element z programu naszego Zjazdu. Mam nadzieję, do odrobienia w przyszłości. Czas ten wypełnił Michał z Czacza (Lasek) opowiadając w sali kominkowej najmłodszemu pokoleniu różne historie z jego młodych lat. Dzieciaki buźki pootwierały i słuchały w milczeniu. Michał tak ich zainteresował, że ciężko było im się rozstać. Obiecał kolejne spotkanie, które doszło do skutku następnego dnia.
Kolacja. Po niej ogólne zebranie wszystkich członków uczestników. Dużo problemów do omówienia. Zagaja Prezes, który dotarł na najważniejszą część naszego Zjazdu. Serdecznie wita, przedstawia problemy Związku, wspomina naszych członków i organizatorów, entuzjastów Rodu, którzy odeszli. Zbigniew i Michał - to ich pasja nas złączyła. Teraz trzeba zrobić wszystko, by znaleźć wśród nas takiego pasjonata, takiego łącznika i takiego organizatora. Dotyczy to nas wszystkich. Krótko dziękuje Ryszardowi i mnie za to, że mimo straty naszych przewodników, ten Zjazd jest i jest ciągłość. Wspominam na zebraniu o składkach, podnosimy je na następny rok do 3 zł miesięcznie od członka Związku. Ryszard poddaje pod głosowanie harmonogram zjazdów. Raz do roku, co dwa lub rzadziej. Jednomyślnie wszyscy deklarują raz do roku i zawsze na Boże Ciało. Wola Zjazdu i tak trzeba czynić. Michał senior z Lasek namawia młodzież do robienia wystaw swoich prac, swych pasji. Zabiera głos Stefan z Podkowy, Wacław z Łodzi, Piotr z Płocka, Lidka z Sulechowa i inni. Dyskusja krótka, ale rzeczowa. Dyskusji przysłuchuje się Profesor Molik z Poznania, który specjalnie zaproszony na Zjazd ma wygłosić w dniu jutrzejszym wykład na temat ziemiaństwa w XIX i XX w. w Wielkopolsce i roli rodzin Żółtowskich w tym okresie. W trakcie zebrania docierają Michał i Ewa z Warszawy. Nowi członkowie prezentują się do kamery, krótko przedstawiając swoje pochodzenie. Po zebraniu wolny czas zapełniają wzajemne wizyty i odwiedziny. W naszym domku czternastu Żółtowskich omawia wszelkie sprawy rodowe i nie tylko do północy. Ale za to miło, sympatycznie, można powiedzieć rodzinnie.
Ranek zastaje nas deszczem. Trwoga straszna, gdyż czeka nas rejs statkiem po jeziorach. Tak do 9 lało, potem wykład prof. Molika, chwila rozjaśnienia, niepewności, co będzie dalej i telefon do przystani. Proszę przygotować statek na 55 osób. Rejs do Mikołajek. Drugi telefon po autokar, który zabierze nas z Mikołajek do Rucianego-Nidy. Rejs statkiem wspaniały. Pogoda się ustaliła, kropla z nieba nie spadła, choć było pochmurnie. Większość Żółtowskich na górnym pokładzie podziwiała malownicze pejzaże Mazur, wyspy, regaty jachtów, zalesione brzegi. Dolny pokład zajmowali 'bufetowcy" i młodzież. Dzieciaki wyprosiły u kapitana pozwolenie siedzenia na dziobie i oglądania co się z przodu dzieje. Gaduły siedziały na rufie. Rejs wszystkim przypadł do gustu. W Mikołajkach czekał na nas autokar, który po krótkim zwiedzaniu miasta zawiózł nas na obiad do Rucianego. A po obiedzie czas wolny. 15 minut kropił deszcz i już myśleliśmy, że zaplanowane na wieczór ognisko nie dojdzie do skutku. Jednak i tym razem na Żółtowskimi los się uśmiechnął. Przestało padać.
Kelnerki ścielą obrusy nad jeziorem, na ławach kładą koce, by miękko się siedziało. Obsługa przywozi beczkę piwa i Tokaj dla pań. Jest bigos, są kiełbaski pieczone nad ogniem. Jest taneczny krąg. Wszyscy się biorą za ręce. Wszyscy głośno śpiewają. Jest łączność i rodzinna więź, jest to, co wszyscy czują i jest ta olbrzymia sympatia. Jest wszystko, choć czasami"wody ognistej" mało. Donosi się więc domowe zapasy. Tu koniak, tam Pliska, tam Premium i najważniejsze chwile, rozmowy, adresy, telefony, a co najważniejsze, wszystko w atmosferze pełnej serdeczności i spokoju jak na Żółtowskich przystało. Zerkam, a w ciemnościach drzew stoi obsługa Zjazdu gotowa na każde nasze życzenie służyć nam pomocą. Godzina 2 w nocy wracamy do domu. Jest parnie, przyjemnie i wcale nie chce się spać.
Niedziela wita nas ciepłą pogodą. Śniadanie i marsz do kościoła. Jak na każdym Zjeździe zamówiona Msza św. za Rodzinę. Ty razem także za dusze ś.p. Zbigniewa i Michała. Miły ksiądz wspomina krótko na Mszy św. o naszym zjeździe do Rucianego, ważności podtrzymywania więzi rodzinnej. Po Mszy św. pozwala nam wejść do świątyni i razem z nim odmówić Anioł Pański z Rodzinę i za zmarłych. Przemawia do nas miło i serdecznie. Ofiarowuję księdzu znaczek Ogończyka, by był w parafii na pamiątkę naszego pobytu i na pamiątkę odbytej tu Mszy św. z naszą rodzinę. Ksiądz znaczek Ogończyka przyjmuje do zbiorów Parafii. Wracamy do Ośrodka. Ja z Witoldem z Płocka organizujemy koniak i kwiaty dla kierownika Ośrodka wypoczynkowego. Żegnamy go dziękując mu za serdeczne przyjęcie i opiekę nad nami. Jest wzruszony.
Następują pożegnania odjeżdżających Żółtowskich. Pierwszy wyjeżdża Mieczysław z synem i synową. Oni mają daleko, aż do Szczecina. Dzień wcześniej wyjechał Wojciech profesor. Odjeżdża Podkowa, Witold z liczną rodziną, Jacek zabiera Wacława, Berle zabiera profesora Molika. Odjeżdżamy z żoną i czwórką dzieci, Ryszard zostaje jako gospodarz.
Podsumowując Zjazd można krótko powiedzieć. Był to Zjazd czwarty, ale najlepiej zorganizowany. Niewątpliwie olbrzymi zasługa Ryszarda z Suwałk. On był gospodarzem i jakby właścicielem tego obiektu. Tylko dzięki niemu była tak wspaniała obsługa Zjazdu. Tego trzeba nam na przyszłość. Trzeba nam organizowania naszych spotkań tam tylko, gdzie przez trzy dni naprawdę odpoczniemy, gdzie zajmiemy się swoimi sprawami, gdzie inni wyspecjalizowani w tej branży zapewnią nam godziwy wypoczynek i relaks, tak jak to było w Rucianem Nidzie i niewątpliwie mądrymi słowami określił to Ryszard mówiąc - "cieszę się, że tu przyjechaliście, bo naprawdę niewiele wiecie o naszej pięknej północno-wschodniej Polsce".
Niejako współorganizując ten Zjazd razem z Ryszardem i firmując go od początku do końca cieszę się, że usłyszałem tyle ciepłych słów, tyle wdzięcznych oświadczeń i tyle radości o młodego pokolenia, że uratowaliśmy nasz związek przed rozłamem i rozpadem, że daliśmy wszystkim Żółtowskim nowy zastrzyk do wspólnej pracy dla naszego wspólnego dobra.
Wszystkim uczestnikom Zjazdu Związku Rodu Żółtowskich w Rucianem-Nidzie serdecznie dziękuję za wzajemne spotkania, miłe słowa, za radość, która wszystkich nas łączyła. Za to że się nam udało.