|
|
Związek Rodu Żółtowskich - Kwartalnik | |
| Nr 9-10, edycja elektroniczna | Skierniewice, lipiec-grudzień 1995 | |
| « Poprzednia strona | Związek | Kwartalnik | Archiwum Kwartalnika | Biblioteka | Redakcja | Wyszukiwanie | Spis treści numeru | Następna strona » |
Napisać o moim domu i jego atmosferze - to bardzo trudne dla mnie zadanie, bo atmosferę nosi się w sobie i to jest niewyrażalne w słowach, uchyla się opisowi. Rozumiem, że chodzi o dom mojego, raczej naszego dzieciństwa i o to co potrafiliśmy przenieść do naszych późniejszych domów.
Dom mojego dzieciństwa zawalił się 1 września 1939 r. kiedy ojciec odszedł, a my musieliśmy z mamą uciekać, potem wróciliśmy po miesiącu, by w Głuchowie pochować naszą czteroletnią siostrę Joanię; przeżyliśmy dwa miesiące terroru okupanta, który 7 grudnia nas wysiedlił, wywożąc aż na Podlasie. Odtąd różne domy organizowała nam nasza matka, dla siebie i nas trojga - w kwietniu urodziła się nasza najmłodsza siostra Renia, która swoim przyjściem na świat w wielkim stopniu wypełniła "lukę", która powstała po śmierci Joani i odejściu ojca, definitywnym, z czego wówczas nikt sobie nie zdawał sprawy. Ojciec zginął w Katyniu, jak dziś wiadomo, 4 dni po urodzeniu Reni.
Nasze kolejne domy to było wynajęte mieszkanie w Warszawie do czerwca 1944 r., potem gościnny dom Morstinów w Pławowicach do lutego 1945 r., kiedy stamtąd wypędziła mieszkańców tym razem władza komunistyczna. Następne dwa miesiące był kawałek domu w Głuchowie w oficynie, stojącej obok naszegoprzedwojennego domu - splądrowanego przez wojsko i drobnych rabusiów. Tam przeszkadzaliśmy władzy ludowej, co zrozumiałe i otrzymaliśmy nakaz wyniesienia się poza obręb powiatu, więc następny dom był na 2 miesiące w mieszkaniu nauczycielskim w szkole w Pecnie, które mamie wskazali życzliwi ludzie. Potem było kilka lat domu w hotelu "Continental" w Poznaniu, który mama z rodzeństwem odziedziczyła po ojcu i gdzie pracowała, póki w 1950 r. nie został wzięty pod zarząd państwowy. Dwa lat później się usamodzielniłam i wyjechałam do Szczecina. Nie ma co wchodzić w szczegóły dalszej tułaczki naszej matki, która wreszcie stworzyła stabilny dom w dwupokojowym mieszkaniu na Woźnej w Poznaniu, dając nam póki była względnie zdrowa, silne zaplecze. Cała trójka starszych moich dzieci pod jej skrzydłami w Poznaniu przyszła na świat.
Wszystkie te domy, które nas ukształtowały, były to zawsze domy ciepłe, pełne przyjaciół, we wspomnieniach pozostały nawet jako beztroskie. To co się działo wkoło, ja jako dziecko odbierałam raczej jako przygodę, a nie dramat. Jak dziś się nad tym zastanawiam, jak to jest możliwe, że mama umiała nas uchronić od poczucia zagrożenia, przy bardzo delikatnym zdrowiu była bardzo silna psychicznie i miał głęboką, niezachwianą wiarę. Umiała też nas ustrzec od głodu, a tym co miała, zawsze się dzieliła z bardziej potrzebującymi.
Dom, który był dla nas chyba najważniejszy, to był duży dom ziemiański w Głuchowie w pow. Kościańskim, dom trzypokoleniowy, obejmujący rodzinę powiększoną o osoby pomagające w organizowaniu życia domowego oraz różnych krewnych, pojedynczych czy małżeństw z dziećmi, będących w gościnie nieraz po parę miesięcy i uczestniczących w codziennym życiu. Seniorem był zajmujący pół parteru stryj Henryk, brat naszego dziadka, samotny stary kawaler, gołębiego serca dziwak, który wiódł swój własny tryb życia, nie dostosowując się do rytmu reszty domu, spacerował i działał po nocach, w dzień okna jego pokoi były zamknięte okiennicami pokoje pamiętam jako ciemne i staroświecko urządzone - ciężkie meble, plusze, frędzle i kotary.
Następne pokolenie to byli nasi rodzice, razem tworzyli nasz dom od jesieni 1929 do jesieni 1939 r. Role były, jak w każdym takim domu, podzielone. Do ojca należały sprawy gospodarstwa, różne trudne sprawy finansowe i podatkowe, Związek Ziemian itp., doradztwo krewnym i sąsiadom w tych wcale niełatwych czasach. W mamy gestii było utrzymanie domu, urządzanie go po ślubie, modernizacja, poza tym ogród, kurniki i sprawy społeczne, opieka nad biedotą w pobliskim Czempiniu przez Bractwo św. Wincentego a Paulo, współpraca z nauczycielami, różne kursy dokształcające dla kobiet i dziewcząt, organizowanie świetlic dla młodzieży Towarzystwa Czytelni Ludowych, praca w Akcji Katolickiej przez długie okresy była zdana na siebie - w czasie pobytów ojca na obozach wojskowych, a później w sanatoriach; musiała też odwiedzać jednych i drugich rodziców, gdzie były ciągłe kłopoty zdrowotne.
Najważniejsze były jednak dzieci, czyli my - trzecie pokolenie. Rodzice, a później sama matka nigdy nam nie szczędziła dowodów swej wielkiej miłości i przy każdej okazji dawała odczuć, że jesteśmy największym źródłem jej szczęścia, celem życia. Umiała się z nami bawić, opowiadać wymyślone na określone okoliczności przez siebie bajki, później czytać w sposób niezwykle ciekawy głośno trylogię czy innego rodzaju literaturę, uczyć się z nami, a później jeszcze opowiadać o sprawach, które sama przeżywała i ją interesowały. Dla nas, mimo rozlicznych zajęć, wyjazdów, gości i możliwości wyręczenia się opiekunkami, które do 1939 r. stale były, rodzice zawsze mieli czas. Nie wyjeżdżali prawie nigdy razem, a jeżeli to na krótko. Intensywnie uczestniczyli w naszym życiu, mimo iż zasadniczo świat dorosłych od świata dzieci był oddzielony. Zaglądali do nas, ojciec zabierał w pole, mama do ogrodu po kwiaty i owoce, razem odbywaliśmy wyprawy do lasu na grzyby i inne spacery.
Momenty, które szczególnie lubiłam w ciągu dnia i pozostały mi w pamięci, to asystowanie ojcu przy pierwszym śniadaniu, potem po obiedzie, kiedy rodzice pili kawę, wolno nam było przyjść na "kanarka" (kostka cukru nasączona doskonałą mocną kawą) przed poobiednim leżeniem.
Wieczornego przyjścia na dobranoc i wspólnego pacierza rodzice starali się nigdy nie opuszczać. Treść tego dziecinnego pacierza pozostała mi i uważam ją za bardzo ważną, kształtującą więzi i społeczny stosunek do otoczenia. Po podziękowaniu za szczęśliwie przeżyty dzień, były prośby "o zdrowie dla mamy, dla papy, dla rodzeństwa po imieniu, dla buni i dziadzi, dla cioć i wujów i dla wszystkich ludzi". Taki pacierz przechował się u moich dzieci i wnuków, co stwierdziłam niedawno ze wzruszeniem i pewnym zaskoczeniem.
Chyba to ważne, że mając świadomość, że jesteśmy dla naszych rodziców najważniejsi, byliśmy wychowywani w porządku i dyscyplinie.
Nie do pomyślenia były jakieś arogancje w stosunku do naszych opiekunek, które, różnie to było, nie zawsze były ukochane. Była Francuzka, której wręcz nie znosiliśmy, była szczególnie niesprawiedliwa dla Piotra, ale jej wymaganiom trzeba było się podporządkować. Podobnie nie można było sobie pozwalać na grymasy przy jedzeniu. To wcale nie wojna nas nauczyła jeść wszystko i nic nie zostawiać na talerzu...
W miarę jak wyrastaliśmy, coraz częstsze były wyjazdy i odwiedziny w domach przede wszystkim rodzeństwa naszych rodziców, zwłaszcza w czasie wakacji i przy okazji świąt. Boże Narodzenie zwykle spędzaliśmy w Głuchowie i przyjeżdżali goście, najczęściej prof. Adam Żółtowski z ciocią Janią, niemal rezydent kuzyn ojca Antek Puget, któremu, jak i Piotrowi Potworowskiemu, dom w Głuchowie zawdzięczał wyjątkowo piękne, w dobrym guście urządzenie. Tak zwany wuj Pierre był ożeniony z ukochaną mamy kuzynką ciocią Magą i w Głuchowie byli najmilszymi współdomownikami wraz z moim rówieśnikiem Gugą. Dowcipy wuja Pierra i wesołe pomysły należały do legend domu. Wielka choinka stawała na środku ogromnego salonu, ubrana była ozdobami robionymi przez nas wiele wieczorów adwentowych, z kolorowych papierów, bibułek, słomek, wydmuszek i pudełeczek. Pozostało mi z tamtych czasów, że nie lubię choinek przeładowanych kupnymi świecidełkami; staram się co roku dorobić parę ozdób wg. tych starych wzorów, które mi zostały w pamięci. Pod tę choinkę przychodzili po swoje prezenty i zaśpiewać z nami kolędę wszyscy domownicy.
Na Wielkanoc, prawie zawsze, póki babcia żyła, jeździliśmy do dziadków, rodziców mamy do Objezierza, gdzie spotkał się z nami mamy brat z rodziną - trzema, trochę od nas starszymi, chłopakami.
Jednym z ważnych elementów naszego życia był często kontakt z ciotecznym i stryjecznym rodzeństwem. U dwóch sióstr mojej matki było po czworo dzieci, u brata troje, u brata ojca czworo - nie było jedynaków i my naszym dzieciom też sprawiliśmy ten luksus, że jest ich czworo. Nieuniknione są, zwłaszcza między zbliżonym wiekiem rodzeństwem, kłótnie, nawet prawdziwe wojny, ale to wszystko minęło, pozostała przyjaźń, wzajemne oparcie, które tak bardzo się ceni, zwłaszcza gdy następuje poważniejsza awaria w rodzinie.
Z kuzynami, przyjaźń i więź, wzajemne zainteresowanie, podobne poglądy na życie, krótko mówiąc doskonałe porozumienie wynikające z podobnego wychowania w dzieciństwie i podobnej atmosfery naszych domów, przetrwały mimo zupełnie odmiennych losów w ciągu pięćdziesięciolecia dosłownie na wszystkich kontynentach kuli ziemskiej, bo tak się rozproszyło po świecie nasze cioteczne rodzeństwo - ci którzy przeżyli.
Co udało się uchronić od zniszczenia z tamtego ducha? Może jakoś udało mi się odpowiedzieć. Chciałabym, żeby trwałe były przede wszystkim te wartości, które pozwalają utrzymać względnie pewną i prostą drogę życia, a więc świadoma i głęboka wiara, która nie tylko pozwala przetrwać samemu, ale każe widzieć tych, którzy są wokół nas, każe przyjąć postawę służby i odpowiedzialności nie tylko za najbliższych, ale znacznie szerzej. Trudno obejść się bez wielkich słów, które brzmią równie naiwnie, co górnolotnie. Mam nadzieję, że nie udało się zniszczyć tego, żeby nasze dzieci czuły się odpowiedzialne za te wartości, dla których zginęli nasz ojciec i mój teść i wielu innych, a nasze matki ich strzegły, mimo iż musiały żyć tyle lat we wrogim układzie społeczno-politycznym. Narzucone programy nie potrafiły zniszczyć wszystkiego do końca, bo ludzie z różnych zresztą środowisk, do tego nie dopuścili. Bieżąca chwila nie pozwala oderwać się od pewnych refleksji - więc na zakończenie - wierzę, że zwyciężą programy i ludzie, dla których najważniejsze jest dobro wspólne.
Życzę przy okazji, by wspólnym dobrem dla młodego pokolenia Żółtowskich był Związek Rodzinny - by trwał i działał.
Szczecin, październik 1995 r.