Herb Związek Rodu Żółtowskich - Kwartalnik
Nr 6-8, edycja elektroniczna Skierniewice, październik 1994 - czerwiec 1995
« Poprzednia strona Związek | Kwartalnik | Archiwum Kwartalnika | Biblioteka | Redakcja | Wyszukiwanie | Spis treści numeru Następna strona »

Michał z Lasek (z Czacza)

Pożegnanie

Kilka słów o śp. Zbigniewie Żółtowskim

Zbigniew ze Skierniewic

Wartości spotkań z innymi nie mierzą się długością naszej z nimi znajomości. Niekiedy przez długie lata z kimś się widujemy, kolegujemy, lecz o prawdziwej przyjaźni nie ma mowy. A czasem niespodzianie ktoś inny po krótkim widzeniu staje się prawdziwym przyjacielem. Tak było między Zbyszkiem i mną zaczęło się od jego wizyty w Laskach, gdy przyjechał specjalnie, by nabyć książkę napisaną przeze mnie, więc kogoś o wspólnym nazwisku. Już wtedy, w 1988 r., nurtowała go myśl o utworzeniu rodowej wspólnoty.Po paru odwiedzinach Michała z Łodzi myśl ta stawała mi się coraz bliższa, chociaż nie myślałem o osobistym zaangażowaniu. Nagle włączył się w to Zbyszek. Przyjechał z Natalią, którą całkowicie pozyskał dla swej idei i przedstawił mi już konkretny projekt. Odtąd zaczął sprawę energicznie posuwać naprzód. Na zapoznawczym, założycielskim zebraniu zaobserwowałem jego sposób prowadzenia obrad. Był powściągliwy w mowie, dawał się wypowiadać innym, słuchał ich argumentów. Przede wszystkim doskonale utrzymywał pogodną i swobodną atmosferę. Gdy wynikła rozbieżność co do sposobu rejestracji Związku, Zbyszek, choć nie był przekonany, potrafił ustąpić, co zresztą okazało się później bardzo korzystne.

Ujęła mnie jego delikatność, gdy w trzy dni po zjeździe w Skierniewicach przyjechał do mnie chorego, odwiedzić i opowiedział mi przebieg tego zdarzenia. Przywiózł zdjęcia, sprawozdania, statut. Spodziewałem się, że zostanie prezesem, on jednak wziął na siebie najbardziej niewdzięczną i pracochłonną funkcję sekretarza, a z czasem i skarbnika.Prowadził ogromną korespondencję, załatwił formalności z rejestracją Związku, znalazł taniego i starannego wydawcę dla kwartalnika.

Wiele czasu i trudu zużył na przygotowania dwóch następnych zjazdów, jeżdżąc na proponowane miejsce i omawiając tam wszystko z kierownictwem domów wczasowych.

Współpraca z nim była łatwa, gdyż miał wybitny zmysł organizacyjny, nie narzekał na trudności, nie podnosił nigdy swych zasług, nie chwalił się, kiedy coś się udało. Na jego przykładzie sprawdzało się powiedzenie, że najlepszym organizatorem jest ten, którego nie widać ani nie słychać.

Nastąpił wreszcie na II. zjeździe dramat, gdy Zbyszek ciężko zaniemógł. W parę dni jednak już rozesłał listy do członków Zarządu, że czuje się dobrze i spodziewa się prędko wrócić do zdrowia.

Wiadomość o Jego śmierci wydała mi się czymś niemożliwym. Ten człowiek tak żywotny, tak czynny, tak odporny... nie żyje... Nie zapomnę dnia Jego pogrzebu. Zjechaliśmy się, członkowie Związku, niektórzy z daleka. Jeszcze tak niedawno byliśmy sobie obcy, a dzięki osobie Zbyszka staliśmy się wielką wspólnotą. Czuliśmy potrzebę okazania Rodzinie Zmarłego naszej przyjaźni i szczerego współczucia. To nam dało okazję poznania najbliższych Jemu osób i ich wzajemnych stosunków, pocieszyć trochę Natalię. W kościele i na cmentarzu posłyszeliśmy, kim był Zbyszek w swoim otoczeniu. W parafii wiedziano, że ilekroć wystąpi jakaś potrzeba, na Jego pomoc zawsze można liczyć. W Radzie Miasta ceniono Jego kulturę w czasie obrad, odwagę w wypowiadaniu prawdy. Z przemówienia Prezydenta dowiedzieliśmy się coś niecoś o przeszłości Zbyszka, o Jego zaangażowaniu w sprawę narodową podczas okupacji i później oraz w stanie wojennym. Długo musiał za to cierpieć szykany ze strony władz bezpieczeństwa. Te fragmentaryczne dane pozwoliły zrozumieć jego tak zdecydowanego "ducha służby". To w celu ratowania dóbr kultury i niesienia wzajemnej pomocy podjął myśl utworzenia naszego Związku z ludzi wywodzących się ze wspólnego pnia.

Będzie nam Zbyszka bardzo brak, możemy jednak wszyscy brać z niego w niejednym przykład.


« Poprzednia strona Początek strony Następna strona »