|
|
Związek Rodu Żółtowskich - Kwartalnik | |
| Nr 51, edycja elektroniczna | Skierniewice, wrzesień 2008 | |
| « Poprzednia strona | Związek | Kwartalnik | Archiwum Kwartalnika | Biblioteka | Redakcja | Wyszukiwanie | Spis treści numeru | Następna strona » |
Wszystko, ku czemuś zmierza: wszechświat rozszerza się ku nieskończoności, zima zmierza ku wiośnie, wiosna ku latu, lato ku jesieni, jesień ku zimie. Wschodzące słońce podąża ku zachodowi. Rośliny budzą się w ciemności, aby rozkwitnąć w promieniach słońca, do którego z całą swoją energią wyciągają liściaste ramiona. Ptaki wędrowne przemierzają tysiące kilometrów, aby trafić do tego samego gniazda, które wcześniej opuściły. I tak już trwa od zawsze. Człowiek w swojej złożoności nie odstępuje od praw, które rządzą przyrodą. Rodzi się jako niemowlę i podąża ku piersi matki. Jako przedszkolak zmierza ku bajkowej krainie, w której wszystko mieni się kolorami tęczy. Pierwsze kroki w szkole to pogoń za zaspokojeniem ciekawości świata. Okres dojrzewania to nieogarnięta żądza wejścia w lustrzane odbicie, w którym, jak jesteśmy przekonani, jest źródło informacji o nas samych. Pierwsza miłość to wędrówka do rajskiego ogrodu, by posmakować owoców dawania i przyjmowania. Dojrzałość jest kończącą się krzyżówką, w której nieustannie zmieniają się znaczenia haseł, a my szukamy do nich klucza. Starość jest ciągłym poszukiwaniem ludzi, których obecność jest szczęściem chwili przekroczenia progu nowego życia.
Budząc się każdego dnia, zaczynam szukać, ale nie dlatego, że nie mogę znaleźć, tylko dlatego, że jestem w centrum nowego dnia, a chcąc być ze wszystkim na bieżąco, na nowo otwieram oczy, by znaleźć to, co ten nowy dzień mi daje. Dlatego nie stawiam sobie wprost pytania: czy Bóg istnieje? Bo on jest w każdym dniu, który przeżywam, w każdej informacji, którą zasłyszę, w każdym człowieku, którego zobaczę, w każdej rozmowie, którą prowadzę. Jeżeli postawię wprost pytanie; czy istnieje Bóg?, to jest na nie tylko jedna odpowiedź: TAK.
W tym pytaniu używam pojęcia "Bóg", każdy człowiek na ziemi
używa tego pojęcia: wierzący – "jest Bóg", niewierzący – "nie ma Boga".
Zauważmy, że jeżeli mówimy o czymś, to tylko dlatego, że to coś istnieje.
Twierdzę jednak, że jest to kiepski dowód, zbyt wiele przynosi rozczarowań. Ale
chyba najprościej jest sprowadzić problem do poziomu pojęcia. W takiej sytuacji
zawsze znajdziemy usprawiedliwienie, bo w zanadrzu zawsze mamy "coś", czym
możemy się zasłonić, wykręcić, wytłumaczyć i tam, gdzie byliśmy, zostawiamy
morze łez. Zatem jak sobie z tym poradzić? Ja osobiście przestaję pytać, czy Bóg
istnieje, bo doszedłem do przekonania, że sam, zamiast dojść do konkretnej
odpowiedzi, doprowadzę się do wyizolowania siebie ze społeczeństwa i wkroczę w
ciemność obłędu. Wyszedłem z tym na zewnątrz, zadając innym dwa pytania:
- czy chcesz kochać?
- czy chcesz być kochanym?
Jeżeli usłyszę odpowiedź twierdzącą, zamykam oczy i w ciszy mojego wewnętrznego „ja” wypowiadam życiodajne: JESTEŚ!