|
|
Związek Rodu Żółtowskich - Kwartalnik | |
| Nr 50, edycja elektroniczna | Skierniewice, marzec 2008 | |
| « Poprzednia strona | Związek | Kwartalnik | Archiwum Kwartalnika | Biblioteka | Redakcja | Wyszukiwanie | Spis treści numeru | Następna strona » |
Nazwa miast podobnie jak wielu innych miast zachodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych, np. San Diego czy San Francisco, ma rodowód hiszpański i przypomina, że niegdyś te tereny kolonizowali Hiszpanie. W latach 1821-1849 były we władaniu Meksyku i dopiero później, w wyniku wojny amerykańsko-meksykańskiej, zostały wcielone do USA.
Początków miasta należy upatrywać w roku 1781, dokładnie 4 września, kiedy przybyło tu pięćdziesięciu dwóch osadników hiszpańskich i założyło Misję Katolicką Najświętszej Panny Marii Królowej Aniołów (Misja istnieje do dziś, więc ją zwiedziliśmy). Wokół Misji rozwinęła się osada miejska, która wzięła nazwę od nazwy Misji. Szybki i wszechstronny rozwój miasta nastąpił w latach 1885-1895, kiedy odkryto tu złoża ropy naftowej i wybudowano kolej transkontynentalną. Wtedy też napłynęło dużo imigrantów.
Obecnie Los Angeles jest największym miastem, portem i ośrodkiem przemysłowym zachodniej części USA i drugim co do popularności w USA. Ma 1290,6 km2 powierzchni i 3,9 mln ludności. Leży na terenie sejsmicznym w pobliżu słynnego uskoku św. Andrzeja. Częste są tu trzęsienia ziemi, ale przebieg ich jest łagodny. Ma rozwinięty przemysł lotniczy, elektroniczny, wydobycia i rafinacji ropy, produkcji filmów, programów telewizyjnych i nagrań muzycznych. Jest znanym ośrodkiem naukowo-kulturalnym i sportowym. Jest też światowym centrum rozrywki... ale i pornografii.
Program zwiedzania Los Angeles dotyczył głównie tematyki filmowej.
Zwiedzanie rozpoczęliśmy zatem od słynnej dzielnicy Beverly Hills. Z dzielnicy Inglewood, gdzie nocowaliśmy, ruszyliśmy ku niej nie mniej słynnym Bulwarem Zachodzącego Słońca. Krótki spacer. Ruch niewielki, może dlatego, że jest wczesna pora. Zaglądamy do hotelu "The Beverly Wilshire", w którym kręcono głośny film "Pretty woman". Stamtąd do rezydencji aktorskich. Ukryte pośród bujnej roślinności nie są z ulicy widoczne. Jak większość domków amerykańskich z zewnątrz nie robią piorunującego wrażenia. Bogactwo widoczne jest dopiero wewnątrz.
|
Kolejny punkt programu to dzielnica Hollywood.
Zatrzymujemy się na Bulwarze Hollywoodzkim. Mijamy Teatr Chiński, na chodniku mnóstwo przebierańców za różnych aktorów. Za dolara można uwiecznić się na zdjęciu np. z samym Elvisem Presleyem. Na chodniku Promenada Gwiazd. Dochodzimy do Teatru Kodaka, w którym obecnie odbywają się ceremonie wręczania Oskarów. Wchodzimy po słynnych schodach, wyłożonych czerwonym dywanem, którymi gwiazdy kroczą na galę oskarową, i wychodzimy na balkon prowadzący na taras widokowy, na którym główną uwagę turystów przyciąga duże łóżko z umieszczonym w mozaikowej posadzce znamiennym podpisem: "Droga do Hollywood - oto jak niektóre z nas tu dotarły". Fragmentów wynurzeń aktorów i reżyserów jest zresztą na posadzce więcej.
Daleko, w głębi, na zboczu góry Lee bieli się olbrzymi napis HOLLYWOOD, złożony z liter o wysokości 13,7 m, które widoczne są podobno nawet z Kosmosu. Napis ten z roku 1923 pierwotnie brzmiał: HOLLYWOODLAND i miał być w założeniu reklamą zachęcającą do budownictwa mieszkaniowego na tym terenie. Obecnie (po usunięciu ostatnich czterech liter) stał się jednym z głównych znaków rozpoznawczych miasta. Same jednak wytwórnie filmowe, które potrzebują do produkcji filmów dużych hal, w większości przeniosły się z Hollywood poza miasto. Nie bez znaczenia były także względy podatkowe. Odwiedziliśmy jedną z nich - Universal Studios Hollywood. Zwiedzenie w ciągu pięciu godzin, które mieliśmy do dyspozycji, tego olbrzymiego kompleksu położonego na trzech kondygnacjach, było możliwe jedynie dzięki dobrej orientacji pilotów, gdzie i o której godzinie coś ciekawego akurat się dzieje.
Mimo krótkiego czasu udało się w ten sposób poznać chociaż tylko lub może aż sześć atrakcji.
Zaczęliśmy od objazdu Studia specjalną kolejką, podczas którego przewodnik objaśniał przez głośnik wideo, co widzimy i uprzedzał przed efektami, które nastąpią, aby móc przygotować się do fotografowania i filmowania. A działo się bardzo dużo. Pokazano m.in., jak "robi się" deszcz i "wywołuje" powodzie, pożary, eksplozje, "powoduje" wypadki samochodowe i lotnicze, a nawet trzęsienia ziemi. Widzieliśmy całe kwartały makiet miasteczek, domów i zagród zbudowanych dla potrzeb produkcji filmowej oraz mnóstwo innych rekwizytów - setki samochodów różnych marek, wozów, ubiorów, szkieletów, trumien itp. Wielką atrakcją była jazda dużą łodzią przez Park Jurajski, gdzie co chwilę wynurzają się znienacka z wody, tuż pod nosem, olbrzymie sylwetki dinozaurów różnych gatunków. Punkt kulminacyjny jazdy stanowił niespodziewany, gwałtowny, pionowy spadek łodzi wraz z wodospadem z wysokości... dwudziestu pięciu metrów! Cud, że serce wytrzymało. Kolejną atrakcją wywołującą palpitację serca była podróż w kapsule czasu od aktualnej daty startu aż po rok 8888 i z powrotem. Podczas lotu ma się wrażenie realnego i nieuchronnego zderzenia z wieżowcami, górami i innymi obiektami latającymi w Kosmosie. Inną jeszcze atrakcją był film Terminator 3D oglądany w specjalnych okularach. Wprowadza on widza w cybernetyczną przygodę, z której przez ogień zaporowy różnych efektów wywołujących skurcz żołądka musi sam wywalczyć sobie drogę wyjścia. Różnorodność efektów prowadzi do zatracenia poczucia, gdzie kończy się rzeczywistość, a zaczyna fantazja.
|
Kolejną atrakcją było przedstawienie na wodzie wśród rozsiadłej amfiteatralnie publiczności. Biada jednak temu, kto usiadł nieświadomie na ławce pomalowanej na zielono, ten niechybnie został oblany wodą z wiadra lub wręcz prosto z węża. Efektów i popisów kaskaderskich zapierających dech w piersiach było mnóstwo: walczące ze sobą statki i skutery wodne, jazdy napowietrzne na linie, wieszanie nieszczęśników za nogi i powolne opuszczanie ich do toksycznego kotła, a nawet nieoczekiwane lądowanie samolotu na tafli jeziorka. Słowem, dużo strzelania, wybuchów ognia i innych efektów pirotechnicznych.
Ostatnią atrakcją był film o Shreku i ośle zrobiony w technice trójwymiarowej, ale jakby z wymiarem dodatkowym. Wymiaru tego doświadcza się, siedząc w fotelu, który "uczestniczy" w akcji toczącej się na ekranie. Jeśli na ekranie osioł pędzi galopem, to czujesz, że fotel też galopuje z tobą, a jeśli osioł na ekranie pluje, czujesz wilgoć na głowie. Zdumiewające!
Podczas objazdu miasta zwiedziliśmy nowoczesną katedrę pw. Matki Bożej od Aniołów konsekrowaną w 2002 roku, która jest kościołem i siedzibą arcybiskupa diecezji Los Angeles. Może pomieścić trzy tysiące wiernych, a w dolnych kondygnacjach znajduje się sześć tysięcy miejsc w kryptach i kolumbariach dla pochówku zarówno duchownych, jak i świeckich. Spoczywa tu m.in. znany aktor amerykański Gregory Peck zmarły w roku 2003 w wieku 87 lat.
Kolejnym miejscem postoju była położona w pobliżu Centrum Kongresowego wielka hala widowiskowo-sportowa o światowej renomie - Staples Center. Tutaj odbywają się turnieje koszykówki ligi NBA. Przed halą pomniki dwóch legend amerykańskiego sportu - Wayne Gretzky i Magic Johnson. Nie można nie wspomnieć, że w Los Angeles odbywały się dwukrotnie igrzyska letniej olimpiady: w roku 1932 i 1984. W pierwszej Polacy zdobyli siedem medali: dwa złote, srebrny i cztery brązowe. Złote wywalczyli Janusz Kusociński w biegu na dziesięć tysięcy metrów i Stanisława Walasiewicz w biegu na sto metrów. W drugiej olimpiadzie Polska pod naciskiem ZSRR nie wzięła udziału w wyniku retorsji za bojkot olimpiady moskiewskiej w roku 1980 w proteście przeciwko wojnie w Afganistanie.
Podczas pobytu w Los Angeles piloci wycieczki postanowili nam zrobić niespodziankę, której nie było w programie. Zawieźli nas do dzielnicy Glendale, na wysokie wzgórze, z którego roztaczał się wspaniały widok na położone w dole miasto. Wzgórze zwie się Forest Lawn Memorial Parks i jest właściwie cmentarzem. Na szczycie pobożny milioner amerykański i koneser sztuki dr Hubert Eaton wzniósł specjalny pawilon ekspozycyjny w kształcie kościoła, w którym umieścił obraz Jana Styki pt. "Golgota", zakupiony na licytacji w roku 1944. Obraz o rozmiarach 60 x 15 m został namalowany w roku 1896 za namową Ignacego Paderewskiego i przewieziony do USA na wystawę światową w Saint Louis w roku 1904, która jednakże wskutek matactw organizatorów się nie odbyła. Prezentacja dzieła odbywa się jak w kinie, przy wygaszonym świetle. Robi mocne wrażenie. Równolegle, na osobnym ekranie, prowadzona jest projekcja poszczególnych fragmentów obrazu z komentarzem objaśniającym. Po zakończeniu projekcji i nasyceniu oczu obrazem "Golgoty" gaśnie światło i pojawia się nowy obraz o rozmiarach 21 x 16 m pt. "Zmartwychwstanie" pędzla amerykańskiego malarza Roberta Clarka. Sekwencja obu obrazów wywiera niesamowite wrażenie. Jan Styka po kilku zawirowaniach ostatecznie został pochowany w Los Angeles, w pobliżu swojego dzieła. Fakt ten nie jest zapewne w Polsce powszechnie znany.