|
|
Związek Rodu Żółtowskich - Kwartalnik | |
| Nr 4-5, edycja elektroniczna | Skierniewice, czerwiec-wrzesień 1994 | |
| « Poprzednia strona | Związek | Kwartalnik | Archiwum Kwartalnika | Biblioteka | Redakcja | Wyszukiwanie | Spis treści numeru | Następna strona » |
W dniach 3, 4 i 5 czerwca 1994 r. odbył się III Zjazd Związku Rodu Żółtowskich. Dni te spędziliśmy w Soczewce. Okolica była ładna. Ośrodek w którym mieszkaliśmy znajdował się obok lasu, a od jeziora dzieliło nas zaledwie parę minut drogi. Lecz woda w tym jeziorze była bardzo zanieczyszczona i z tego powodu nikt z nas nie miał ochoty się wykąpać.
W miejscu naszego zakwaterowania posiłki były smaczne, lecz pokoje w których mieszkaliśmy nie należały do najlepszych. Ale pomimo tego każdy uczestnik Zjazdu miał dobry humor. Nasze dobre samopoczucie zakłócały natrętne komary, od których aż się roiło. Komary nie opuszczały nas ani na chwilę.
W porównaniu z II Zjazdem w Zajączkowie, na III Zjazd przybyło dużo więcej Żółtowskich. Przyjeżdżali z całego kraju, a także spoza jego granic. Ja bardzo ucieszyłem się z tego powodu, że na Zjazd przyjechało dużo młodzieży, ponieważ się nie nudziłem. Mam nadzieję, że następnym razem przyjedzie jeszcze więcej.
W pierwszy dzień naszego Zjazdu po zakwaterowaniu nas w pokojach, mieliśmy do wieczora czas wolny. Zawieraliśmy nowe znajomości, a także odnawialiśmy stare, zawarte na zjazdach poprzednich. Duża część osób znała się już z wcześniejszych spotkań. Tego dnia atmosfera panująca między wszystkimi uczestnikami nie była jeszcze tak "luźna", jak w dniach następnych. Co jakiś czas aż do wieczora przyjeżdżali kolejni Żółtowscy. Od razu się z nimi zapoznawaliśmy. Około godziny 19 zjedliśmy kolację. W późnych godzinach nocnych udaliśmy się do swoich pokoi spać, aby na nowo wstać wypoczętym.
Następnego dnia rano, około godziny 8 zjedliśmy śniadanie i udaliśmy się do Płocka. Zaraz po przyjeździe udaliśmy się do Muzeum Secesji. Oglądaliśmy tam obrazy, rzeźby, przedmioty codziennego użytku i jeszcze bardzo dużo innych antyków.
Po wyjściu z muzeum zwiedziliśmy pobliski kościół. Wśród wielu herbów pięknie wymalowanych na ścianach kościoła, nie zabrakło i naszego Ogończyka.
Następnie udaliśmy się do Liceum im. Marszałka Stanisława Małachowskiego. Liceum to byto bardzo stare, ale zarazem bardzo czyste i zadbane. Chyba każdy z nas poczuł się dumny widząc na płycie pamiątkowej wystawionej zaraz przy wyjściu ze szkoły nasze nazwisko.
Potem pojechaliśmy do Żółtowa - wsi od której wywodzi się nasze nazwisko. Ku naszemu zdziwieniu we wsi tej nie mieszkał żaden Żółtowski. Na zakończenie naszej wizyty robiliśmy zdjęcia pamiątkowe obok tablicy z napisem Żółtowo, przy wjeździe do wsi. Następnie udaliśmy się do Soczewki. Po tej wycieczce byliśmy bardzo zmęczeni i głodni, więc ucieszyliśmy się bardzo na widok gorącego obiadu. Wieczorem, po tak wyczerpującym dniu zjedliśmy kolację i zmęczeni poszliśmy spać.
W dniu następnym odwiedził nas profesor Bieniak, który wygłosił wykład na temat historii niektórych polskich herbów, w tym też Ogończyka - który najbardziej nas interesował. Po wykładzie zaprosiliśmy Pana Profesora na obiad i poobiednią pogawędkę. Po południu odwieziono go do Warszawy.
Tego dnia wieczorem planowaliśmy zorganizowanie ogniska. Przygotowywaliśmy się do niego od rana. Jedni zbierali drewno, inni pojechali po kiełbasę. Nasz trud opłacił się, gdyż ognisko było bardzo udane.
W niedzielę - ostatni dzień naszego Zjazdu - po śniadaniu udaliśmy się do kościoła. Po zakończeniu mszy udaliśmy się na zamknięcie Zjazdu do naszego hotelu. Zaczęły się przygotowania do podróży powrotnej. Już od samego rana każdy chodził obładowany walizkami. Po zjedzeniu obiadu pożegnaliśmy się ze wszystkimi uczestnikami Zjazdu i udaliśmy się w drogę powrotną do swoich domów.
Moim zdaniem Zjazd nasz był bardzo udany. Zapoznaliśmy się z wieloma ludźmi, zwiedziliśmy Płock. Zjazdy takie powinno się organizować, ponieważ poprzez nie poznajemy nowych ludzi, a także możemy poznać swoje korzenie.
Moje uwagi z III Zjazdu: