Herb Związek Rodu Żółtowskich - Kwartalnik
Nr 40-41, edycja elektroniczna Skierniewice, maj 2005
« Poprzednia strona Związek | Kwartalnik | Archiwum Kwartalnika | Biblioteka | Redakcja | Wyszukiwanie | Spis treści numeru Następna strona »

Michał Żółtowski

Moje spotkania z Janem Pawłem II a raczej z klerykiem Karolem Wojtyłą

Nie jest łatwo pisać o bezpośrednich kontaktach z tak wielkim człowiekiem, jakim był Jan Paweł II. Uczyniłem to tylko na prośbę Rafała i Bożenny Żółtowskich, prezesa i redaktora kwartalnika "Związku Rodu Żółtowskich". Pragnę, by treść mojego wspomnienia nie wyszła jednak poza ramy naszego pisma.

Muszę zacząć od obszernego komentarza. W 1945 r. wejście Sowietów do Polski spowodowało przewrót w życiu wielu ludzi, szczególnie w świecie ziemian. Byłem, od kilku miesięcy awansowany z rządcy na administratora masy spadkowej Minoga po śp. Józefie Skarbku - Borowskim. Pełniący rolę właściciela jego syn, Wacław, od prawie pół roku musiał się ukrywać i na mnie spadła odpowiedzialność za wszystko. Wiedziałem jednak, że we wsi są komuniści, którzy w chwili wejścia Armii Czerwonej zamierzają mnie zgładzić i wkrótce nocą wyjechałem do Krakowa.

Tam przebywała moja siostra Krystyna Wierusz-Kowalska, która miała zapewniony wyjazd do Szwajcarii dzięki staraniom jej męża, ale z przyczyn niezależnych nie mogła wyjechać. Trzeba było zabiegać o środki na utrzymanie jej z sześciorgiem dzieci, teściową, gosposią, a wkrótce i moją najmłodszą siostrą Zosią. Starszy brat, Jerzy, gdzieś od roku się ukrywał. Korzystne pośrednictwo moje w czyichś interesach, a potem zyskowny handel żywnością ze Śląskiem na długi czas zabezpieczyły byt im wszystkim.

Nagle dostałem powołanie do Wojska Ludowego. Miałem 30 lat i wszedłem w lata większości członków AK, których należało mieć na oku.

Z Krakowa uciekłem do Poznania, tam jednak jeden z kolegów z konspiracji doniósł mi, że rozesłano już listy gończe za mną.Groziło to więzieniem. Wtedy ujawnił się nagle mój brat, któremu przekazałem zdobyte możliwości zarobkowania i poczułem, że nastąpiła chwila realizacji decyzji z przed czterech lat o oddaniu się na służbę Bogu w kapłaństwie.

Wróciłem więc z Wielkopolski do Krakowa i udałem się do Pałacu Arcybiskupiego przy ul. Franciszkańskiej 3. Przed wojną bardzo przestrzegano w czasie wizyt u biskupów noszenia ciemnego ubioru. W 1945 r. było to niemożliwe. Miałem na sobie białą płócienną marynarkę, wysokie buty z cholewami, spodnie bryczesy podbite skórą. Nosiłem wąsy.

Książę Metropolita Adam Stefan Sapieha znał mego ojca, Jana z Czacza, gdy ten jeździł w delegacji do Rzymu w sprawie Dzieci Wrzesińskich1. Młody ks. Sapieha był wówczas asystentem (tzw. cameriere secreto) papieża Piusa X i najbardziej nam pomógł w tej sprawie, pomimo silnego oporu dyplomacji pruskiej w Rzymie.

Książę Metropolita (tytuł książęcy od XIV w. nosili biskupi krakowscy dzięki oddaniu w ich ręce księstw Oświęcimskiego i Zatorskiego przez ostatnich Piastów) przyjmował wszystkich, którzy się do niego zgłaszali, nawet prostych ludzi z ulicy.

Przedstawiłem moją sprawę z wojskiem i pragnienie niezwłocznego wstąpienia do seminarium. Był to początek czerwca, lecz po przerwie wojennej wykłady seminaryjne rozpoczęły się w lutym na Uniwersytecie Jagiellońskim. Klerycy zaś w liczbie dwudziestu kilku mieszkali w pałacu arcybiskupim. Budynek seminaryjny zajmowali francuscy jeńcy.

Arcybiskup Adam Stefan Sapieha wysłuchawszy mnie, obiecał, że będzie rozmawiał z władzami wojskowymi i kazał przyjść za dwa tygodnie. Spędziłem je u przyjaciół z czasów okupacji w Krakowie. W następnej rozmowie Książę Metropolita zakomunikował mi, że udało się wszystko pozytywnie załagodzić i kazał zgłosić się 2 lipca do seminarium w uroczystość Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny.

Wykłady trwały do połowy lipca, potem zaczęły się egzaminy, a mnie dostarczono podręczniki do studiowania. Książę Metropolita często wzywał mnie na rozmowy, pytał z kim mieszkam, z kim się przyjaźnię. Kiedyś zapytał, czy poznałem kolegę z II roku Karola Wojtyłę, gdyż jest to bardzo wartościowy młody człowiek. Powiedziałem, że takiego w ogóle nie ma wśród nas i okazało się, że przebywał właśnie w parafi Węcławice, w pobliżu Krakowa i coś tam studiował.

Południowe i wieczorne przerwy spędzaliśmy na dziedzińcu wewnętrznym pałacu, grając w piłkę, jedynie w poniedziałki i czwartki wychodziliśmy trójkami na dalekie spacery za miasto. Mam dość niejasny obraz tych czasów w pamięci; pamiętam, że kiedyś graliśmy w siatkówkę, gdy zjawił się nieznany mi kleryk Wojtyła. Obie partie na jego widok przerwały grę i zaczęły wołać - "Karol, Karol chodź do nas". A ów Karol wielkim ruchami obu ramion pozdrawiał kolegów. Panowało wówczas przekonanie, że partia, w której będzie grał, zawsze zwycięży. Podobała mi się wtedy prostota, z jaką przyjął to zaproszenie, nie pokazując żadnym gestem, że jest faktycznie najlepszym graczem.

We wrześniu, dzięki mylnym informacjom, przybyłem po wakacjach za wcześnie o dobre trzy tygodnie do Krakowa. Kończono przygotowania do oddania na użytek seminarium właściwego budynku, zdezelowanego pobytem jeńców. Było nas tylko paru, lecz dochodzili również klerycy zamieszkali w Krakowie. Dano nam jakieś pokoje w przyległym budynku i tam jadaliśmy. Tam też nawiązałem pierwsze rozmowy z Karolem Wojtyłą, a zarazem przyglądałem się jego postawie. Przychodził tam kamerdyner arcybiskupa z dwoma swymi malutkimi dziećmi. Widziałem, jak one się garnęły do kleryka, którego często spotykały dawniej w pałacu. Patrzyłem też na niego i podziwiałem, jak umiał z nimi rozmawiać, jak podnosił ich, najwyżej jak mógł nad głowę i jak one go kochały.

Przenosiliśmy ukrytą w prywatnych mieszkaniach bibliotekę i przez długi czas było to nasze główne zajęcie. Gdy zaczął się rok akademicki Karol Wojtyła spoważniał, bardzo się zmienił, lecz rzadko się spotykaliśmy. Każdy rocznik żył własnym życiem. Mnie jednak kolega z II roku Stanisław Truszkowski dał sposobność dowiedzenia się nieco więcej o tym starszym koledze, który cieszył się szczególnym szacunkiem. Zawdzięczałem to temu, że zostałem wyznaczony przez ks. Rektora (Karola Kozłowskiego) na jednego z dwóch infirmarzy, tzn. na tego, który zajmuje się rozdziałem przepisanych leków i leczy mniejsze schorzenia. Staszek Truszkowski, miał ok. 28 lat, dawniej był członkiem Katolickiego Stowarzyszenia "Odrodzenie", podobnie jak ja. Opowiedział mi historię powołania Karola Wojtyły, podobnie jak swoją i jeszcze dwóch innych kolegów Mieczysława Malińskiego i Karola Targosza. Wszyscy mieszkali w tej samej parafii i chodzili do tego samego Kościoła. W pobliżu mieszkał nieco starszy człowiek , pan Tyranowski, z zawodu krawiec, prawdziwy mistyk. Nie ograniczał się do samotnej modlitwy, lecz widząc po rannej Mszy Św. młodych ludzi pozostających dłużej na dziękczynieniu, nawiązywał z nimi kontakt i formował ku głębszemu życiu duchowemu. Staszek to wszystko sam przeżył i mówił o tym bardzo interesująco.

W czasie okupacji seminarium musiało być zamknięte, lecz Książę Metropolita lokował w swym pałacu kleryków jako pracowników kurii, albo wysyłał do parafii do prowadzenia ksiąg Urzędu Cywilnego, które leżały w gestii urzędów parafialnych.

Karol Wojtyła, bodajże od dwóch lat był blisko związany ze swym arcypasterzem.

Z tego czasu pochodzi tajemnicza, lecz prawdziwa historia. Karol Wojtyła pisał coś o św. Janie od Krzyża, a gdy natrafiał na trudności, chodził do kaplicy pałacu i długo się modlił. Chętnie pracował późnym wieczorem. Kiedyś poszedł w nocy modlić się, lecz w kaplicy było ciemno i nogą nastąpił na leżącego na ziemi krzyżem arcybiskupa Adama Sapiehę. Ten wielki biskup, znający wszystkie tajnikipodziemnego polskiego ruchu oporu, który wyratował z więzień około czterystu zaangażowanych w to ludzi, w nocy leżał krzyżem przed tabernakulum i modlił się.

Póki trwały wakacje Karol Wojtyła, jak wspomniałem, uderzał mnie wesołością, był rozmowny i bawił się radośnie z dziećmi. Z chwilą, gdy zaczął się rok akademicki już nigdy nie słyszałem jego głosu. Był skupionym i mało mówił. W wolnych chwilach odmawiał różaniec. Koledzy otaczali go uznaniem. Opowiadano, że nosi ze sobą w małym formacie księgę psalmów po hebrajsku, trudną do czytania, gdyż wydaną bez tzw. znaków masoreckich. Alfabet hebrajski składa się z samych spółgłosek i potrzeba długiej wprawy, by umieć mimo to goczytać. Toteż żydowscy uczeni, tzw. masoreci, opracowali system kropeki kresek pod literami, ułatwiających czytanie. Karol Wojtyła radził sobie z psalmami bez tych znaków. Zadziwiało też, że potrafił zrozumieć ich treść. Roczna nauka języka hebrajskiego w seminarium nie mogła wystarczyć. Jakże wielkie zdolności językowe posiadać musiał nasz kolega, by przebrnąć przez te trudności.

Kontakty moje z nim były więcej niż rzadkie, pamiętam jednak kilka chwil wyjątkowych. W rok po moim wstąpieniu do seminarium, poszliśmy na rozpoczęcie roku akademickiego do kościoła św. Anny na uroczyste nabożeństwo. Karol Wojtyła służył do Mszy Św. w roli subdiakona i śpiewał lekcję, wówczas jeszcze po łacinie. Miał dźwięczny, nieco metaliczny głos, który roznosił się po całym kościele i pozostał nam wszystkim w pamięci.

Po dwóch latach moich studiów zmarł w lecie bardzo zasłużony profesor filozofii i psychologii ks. Konstanty Michalski, niegdyś rektor Akademii Umiejętności. Urządzono w seminarium akademię na jego cześć i klerycy odegrali jakiś fragment z klasycznej literatury polskiej. Karol Wojtyła ukazał wtedy wszystkim swe umiejętności pięknej dykcji i wymowy.

Był zwyczaj, że po dwóch latach homiletyki, czyli nauki głoszenia homilii i kazań każdy z kleryków musiał wygłosić kazanie w sali jadalnej seminarium wobec wszystkich zebranych, w liczbie około stu, w tym również księży przełożonych. Dzień po dniu słuchaliśmy kolejnych kazań na ogół o charakterze katechetycznym i raczej nieco szablonowych. W końcu przyszedł czas na Karola Wojtyłę. Wziął sobie za temat fragment z Ewangelii o tym, że Ojciec nasz niebieski czuwa nad całym stworzeniem, karmi nawet kruki, a lilie polne przyodziewa tak wspaniale, że Salomon w swojej chwale nie może się z nimi porównać. W miarę jak mówca rozwijał swoje założenie, coraz bardziej się zapalał i czuliśmy, jak tą sprawą żyje. Tym bardziej to podkreślam, że wszyscy znamy już testament papieża Jana Pawła II, który nie miał nic własnego.

Wszyscy przejęliśmy się tym pierwszym kazaniem naszego kolegi, choć podobno przełożeni zwrócili mu uwagę, że nieco za bardzo głos mu się zmieniał.

Kiedyś na spacerze kolega ze starszego rocznika (w przyszłości pierwszy duszpasterz Nowej Huty) opowiadał, że mieszkając w jednym pokoju z Karolem Wojtyłą obserwował go i podziwiał. Pokój był zimny, mimo to wieczorem Karol na bok odkładał jeden z dwóch kocy, jakie mieliśmy do dyspozycji. Ponadto nieraz widział w nocy Karola klęczącego przy łóżku i modlącego się. Idąc na wykłady zauważaliśmy, że cienki płaszczyk Karola Wojtyły jest zupełnie niewystarczający w zimie, gdy mrozy sięgały nieraz -20°C. Wszyscy byliśmy wtedy ubodzy, a Seminarium nie dysponowało wystarczającymi środkami, by wszystkiemu zaradzić.

W tym czasie udało mi się odbyć w jego towarzystwie czwartkowy dwugodzinny spacer. Księża przełożeni sami ustalali skład trójek, w ramach poszczególnych spacerów. Miało to solidne podstawy pedagogiczne. Tym razem trzecim towarzyszem był młody kleryk z pierwszego rocznika.

Wyszliśmy spod Wawelu, gdzie mieściło się Seminarium Duchowne, poprzez mało uczęszczaną dzielnicę willową, cichą i zadrzewioną. Ulice puste, lecz pod ścianą ujrzeliśmy leżącego żebraka. Karol Wojtyła podszedł do niego, wcisnął mu do ręki 10 lub 20 groszy, najwięcej na co było nas stać, po czym pochylony nad nim, uścisnął mu rękę i powiedział kilka słów, i znowu uścisnął rękę bardzo serdecznie. Zastanawiałem się później, skąd mógł znać tego biedaka z dzielnicy, w której nie mieszkał i do której się na ogół nie chodziło. Potem doszedłem do przekonania, że był to jego zwykły sposób odnoszenia się do wszystkich biedaków.

W dalszym ciągu spaceru poruszył sprawę śmierci ks. Konstantego Michalskiego, który był w Krakowie ostatnim świadkiem działalności Brata Alberta Chmielowskiego, zmarłego w 1916 r. Mówił, że ta śmierć może utrudnić proces beatyfikacyjny Brata, gdyż ks. Michalski był autorem krótkiej, lecz bardzo wnikliwej o nim pracy. Wiemy, iż mimo niemal zupełnym braku cudów dokonanych przez Brata Alberta, właśnie Jan Paweł II opierając się na heroiczności jego cnót doprowadził do beatyfikacji i wreszcie kanonizacji. Brat Albert był dla Jana Pawła II postacią szczególnie bliską przez całkowite oddanie się posłudze ludziom najbardziej poszkodowanym przez los.

Wkrótce przeżyliśmy święcenie kapłańskie naszego wyjątkowego kolegi i jego wyjazd do Rzymu na studia ze Stanisławem Starowieyskim, dużej wartości młodym klerykiem.

Na tym urywają się moje wspomnienia, jakkolwiek nie całkowicie, bo moje własne losy zostały pokrzyżowane przez Bożą Opatrzność. Straciłem zdrowie, przez kilka lat szukałem drogi życiowej zbliżonej do tej wcześniej wymarzonej i po latach znalazłem się w Laskach.

Nie pamiętam, kiedy przyjechał do Lasek biskup krakowski Karol Wojtyła. Z rana zawsze służyłem do Mszy Św. Ks. Biskup stał już u stóp ołtarza, gdy nieco spóźniony klęknąłem przy nim na obowiązujące wtedy pierwsze modlitwy. Odwrócił się do mnie i pozdrowił zdrobniałym imieniem. Widziałem, że mnie jeszcze pamięta.

To było nasze ostatnie spotkanie.

Laski, dnia 5 IV 2005 r.


1 W latach 1901-1902 we Wrześni dzieci zastrajkowały protestując przeciw germanizacji szkoły. Uczniowie szczególnie protestowali przeciw wprowadzeniu przez pruskiego zaborcę nakazu nauki religii i modlitwy po niemiecku.


« Poprzednia strona Początek strony Następna strona »