Herb Związek Rodu Żółtowskich - Kwartalnik
Nr 38-39, edycja elektroniczna Skierniewice, styczeń 2005
« Poprzednia strona Związek | Kwartalnik | Archiwum Kwartalnika | Biblioteka | Redakcja | Wyszukiwanie | Spis treści numeru Następna strona »

Krystyna, Kicia Żółtowska

Święta w Szczęsnym z końca lat siedemdziesiątych, kiedy żył mój mąż Maciek...

Przygotowania do Świąt w sensie większego zamieszania w domu, u nas nigdy nie było. Mój mąż Maciek tzw. większe pucowanie zwalczał od początku istnienia naszej rodziny. Opowiadał, jak to jego Mama "wywraca wszystkie szafy do góry nogami", bo w domu wszędzie "musi się świecić jak migdał" i w Święta pada z wyczerpania. Jak coś chciałam dokładniej wyczyścić, musiałam to zrobić ukradkiem, gdy nikogo nie było w domu.

Maciek był mistrzem w zdobywaniu poszukiwanych artykułów nie tylko spożywczych, więc zaopatrzenie naszego domu jak na owe czasy było całkiem niezłe.

Wtedy zimy były mroźne, a w domku cieplutko. Prowadząc ogrodnictwo, byliśmy podłączeni do naszej centralnej kotłowni.

Zapasy mięsne pochodzące z własnego chowu młodego bydła czekały w obszernej zamrażarce. Jako dostawcy Spółdzielni Ogrodniczej we wszystkie brakujące warzywa i owoce łącznie z cytrusami zaopatrywaliśmy się w magazynie Spółdzielni.

Dwa dni przed Wigilią piekłam ciasta, a potem mięsa. W tym czasie, by mi zejść z drogi, Maciek z synkami (8 i 12 lat) urządzali wyprawę po choinkę do lasu - oczywiście konno. Mieliśmy wtedy 5-7 koni. Były dwa araby, kłusak orłowski, dwa vollbluty oraz wschodnioprusy z Kadym, Lisek lub Rzecznej. Do lasu szły konie - trzy pod siodłem, reszta luzem. Szosą do leśniczówki jest około 4 km. Moi panowie jednak jechali okrężną drogą, klucząc po lasach.

U leśniczego zaopatrywali się w asygnatę i znów zapadali w las. Piękna choinka musiała być ścięta osobiście i w całości dowieziona do domu.

Dzień przestała w garażu, co by się rozmroziła. Dopiero wtedy można było wykryć wszystkie jej wady: za duża, za gruba, za gęsta. Przycinana, mocowana i ubierana była cały dzień. Zabawki tradycyjne robili chłopcy, moja Mama i Ciocia, trochę też ja. Najładniejsze zawieszane są do dziś i corocznie podreperowywane. Są to mocowane na wydmuszkach figurki, artystycznie wykonane przez ciocię Bubę: trzej królowie, koszałek-opałek, syrenka, kominiarczyk, zbójnik, łowiczanka, aniołki, złoty karp, kogucik, św. Mikołaj itp. Pod choinką trzy szopki - każdy stawiał swoją. Na czubku gwiazda betlejemska lub gołąb z promieniami, tzw. Duch Święty, zrobiony ze słomek i od spodu oświetlony lampką. Powstawał wtedy cień gołębia na suficie - "unosił się". Długo stała, bo umieszczona w pojemniku z piaskiem, wzmocniona kamieniami była często podlewana.

W Imię Ojca i Syna,
Jaka piękna choina,
Chyba święci anieli
Prosto z nieba ją wzięli!

W wigilię rano, zanim dzieci wstały, mordowałam karpie pluskające się w wannie. Niestety zawsze był to mój smutny obowiązek. Około godz. 11-tej przywoziliśmy Babcię i Bubcię, tj. moją Mamę i Ciocię mieszkające w centrum Olsztyna. Miały ze sobą mnóstwo paczek i paczuszek z wiktuałami i prezentami zbieranymi od dłuższego czasu. Tak było, że prezenty gwiazdkowe zbierało się miesiącami, bo odpowiednie rzeczy pojawiały się w sklepach w różnych terminach. Oprócz prezentów przyjeżdżał też doskonały sernik, tzw. "bobowy", kolorowe pierniczki na choinkę, "bomba piernikowa". Już i tak pełna spiżarnia wypełniała się "po brzegi".

Choinka ubrana dość obficie też się dopełniała. A jeżeli na gwiazdkę przyjechała ciocia Ola dochodziły również artystycznie wykonane ozdoby.

Rozpakowywanie i instalowanie się "na Święta" zajmowało trochę czasu, więc już dobrze po południu zabierałyśmy się z ciocią Bubą za uszka do gotowego barszczu.

Ciocia Ola upiększała stół, Babcia uświadamiała wnuków w różnych sprawach gwiazdkowych, Maciek zaś prędko oporządzał gospodarstwo (kocioł, konie) i o zmierzchu siadaliśmy do stołu.

Pośrodku stołu układaliśmy górkę siana pod serwetą, świeżo przyniesionego ze stajni i chwiejący się talerzyk z opłatkiem ozdobiony gałązką świerkową.

Kasza w łóżku gorąca, przyprawiam szary sos do karpia i ostatnia idę się przebrać. Wszyscy są już gotowi - w całym domu robi się dziwnie cicho. W skupieniu rozlewamy z ciocią Bubą gorący barszcz na rozłożone uprzednio na talerzach uszka. Wszyscy stajemy wokół okrągłego stołu, Mama odmawia krótką modlitwę i pierwsza bierze opłatek. Ułamując po kawałku życzymy sobie wzajemnie zdrowia, szczęścia, pomyślności... Nad rozświetloną choinką unosi się Duch Święty - robi się gwarno.

Siadamy do stołu, barszczyk póki ciepły zjada się szybko. Następnie szczupak smażony, kapustka kiszona z grzybami na gorąco, kasza i sos grzybowy.

Brzuszki pęcznieją, ale czeka się na jeszcze lepsze danie. Razem z ciocią Bubą wnosimy dużą wazę z karpiem w szarym sosie z rodzynkami i do tego łazanki. To danie znów na głębokich talerzach je się powoli. Sos może być wytrawny lub słodki - Maciek i Lotuś (Piotr) dosładzają, ciocia Ola też. Uczta wigilijna dobiega końca. Robimy przerwę na prezenty. Dzieci idą na górę do swego pokoju, skąd przez lornetkę wypatrują Św. Mikołaja. Do dziś nie wiem, dlaczego miałby pojawić się od południowej strony na drodze ze Starego Olsztyna... może dlatego, że tam naprawdę była pierwsza osada w naszej okolicy. Dorośli krzątają się pod choinką pośpiesznie układając prezenty. Padają energiczne pytania: gdzie dla Wojtka? Gdzie dla Buby? Każdy coś kładzie.

Szybko wynoszę naczynia do kuchni. Na stole stawiam kompot wigilijny z suszonych owoców i ciasta.

Na górze zamieszanie, szosą od Starego Olsztyna zbliża się światełko. Św. Mikołaj czy jakiś spóźniony samochód przebija się z trudem przez każdej śnieżnej zimy mocno zasypany odcinek drogi - między jeziorem a poligonem zawsze jest wiatr.

Dzwonię dzwoneczkiem "z człapką" dość głośno. Dzieci zbiegają - pod choinką pełno. Każdy odnajduje swoje prezenty. Jest też nowa budka-rękaw dla jamnika i cukier w kostkach dla arabów. Oglądamy, przymierzamy prezenty. Próbujemy ciasta popijając kompotem, śpiewamy kolędy - Ciocie z Mamą na dwa głosy.

Dzieci wypróbowują zabawki i sprzęt sportowy, tata strzela z bata (to prezent) - czas szybko płynie, a przed pasterką trzeba odwiedzić z opłatkiem konie.

Ubieramy się więc odpowiednio i marsz do stajni. Opłatek dajemy razem z owsem. Każdy swojemu ulubionemu konikowi składa życzenia. Jest fajnie.

Wracamy do domu, szybko się przebieramy i do samochodu. Mama siada obok kierowcy-Maćka, a ja i ciocia Buba na tylnym siedzeniu z chłopakami na kolanach; ciocia Ola jest chuda - mieści się między nami. Jedziemy do średniowiecznej olsztyńskiej katedry i jak zwykle trochę spóźnieni przepychamy się do przodu, tam zawsze są miejsca siedzące dla Babci, Cioć i dla nas też.

Po powrocie o 1.30 dzieci idą do łóżek, Mama i Ciotki też, Maciek do kotłowni a ja do kuchni. Za pół godziny też idziemy spać.

Jutro Pierwsze Święto - śpimy długo, a po sutym śniadanku, późnym przedpołudniem, wyjazd konno do lasu. Wracamy o zmierzchu. Mama i Ciocie czekają z obiadem. W Drugie Święto wyjeżdżamy z dziećmi do Pasłęka, do Rodziców Maćka. Moja Mama i Ciotki zostają w domu, wyjadą dopiero po Nowym Roku. Dzięki Ich obecności możemy pójść na bal sylwestrowy.


« Poprzednia strona Początek strony Następna strona »