|
|
Związek Rodu Żółtowskich - Kwartalnik | |
| Nr 36-37, edycja elektroniczna | Skierniewice, styczeń-czerwiec 2004 | |
| « Poprzednia strona | Związek | Kwartalnik | Archiwum Kwartalnika | Biblioteka | Redakcja | Wyszukiwanie | Spis treści numeru | Następna strona » |
|
Młode uczestniczki: Paulina - córka Urszuli i Natalia
- wnuczka Natalii |
W Oblęgorku
|
Natalia i Wiesław
|
Aukcja
|
Znane są różne miary czasu. Większość ludzi posługuje się kalendarzem, który zawiera rok od stycznia do grudnia. W Kościele przestrzegany jest rok kościelny. Wszystkich, którzy uczą się w szkołach, obowiązuje rok szkolny, a tych, którzy studiują - rok akademicki. Mój rytm roczny wyznaczają kolejne zjazdy rodu Żółtowskich. Wiele spraw i planów podporządkowanych jest temu, aby w czerwcu (kiedy to zwykle przypada Boże Ciało i okres zjazdowy) wszystko było gotowe na wyjazd. Kilka miesięcy po zjeździe żyje się wspomnieniami, a potem rozpoczynamy przygotowania do następnego zjazdu. I tak już od kilkunastu lat.
W 2003 roku nasze rodzinne spotkanie odbyło się w dniach od 18 do 22 czerwca. Miejsce wybraliśmy niezwykle urokliwe - najstarsze w Polsce góry - Świętokrzyskie. Hotel, w którym zamieszkaliśmy, położony na wysokim wzniesieniu, dawał możliwości podziwiania piękna okolicy. Wielu z Żółtowskich przybyło już w środę, ja dotarłam do Mąchocic w czwartek, w godzinach południowych. W przeddzień było zakończenie roku szkolnego i nadmiar obowiązków uniemożliwił mi wyjazd. Najlepsze dla mnie są chwile, kiedy się witamy po prawie rocznej rozłące (niektórzy z nas widują się między zjazdami na posiedzeniach zarządu w Laskach). Uściskom, pocałunkom, uśmiechom i radości zda się nie być końca.
Po południu zbieramy się na tradycyjnym walnym zgromadzeniu członków Związku. Obradom przewodniczy prezes Rafał z Korycina. Zjechali się Żółtowscy z różnych stron Polski, przedział wiekowy też jest bardzo duży. Najmłodszy uczestnik ma dwa miesiące i przyjechał wraz z rodzicami z mojego rodzinnego Stargardu Szczecińskiego.
W czasie zebrania dyskutuje się o ważnych problemach dotyczących przyszłości Związku, o stanie kasy związkowej. Tradycyjnie już przedstawiani są nowi członkowie, którzy przybyli na zjazd po raz pierwszy. Poznajemy brata Longiny - Włodzimierza z Mławy, przedstawiają się Żółtowscy ze Stargardu, Andrzej z Płocka chwali się synem i synową, jest też mój sąsiad z Białej - Wojciech. Mamy również przedstawiciela Polonii - z dalekiego Chicago przybył Wiesław.
Wszystkich serdecznie witamy w naszym gronie, Rafał filmuje, zdobywając materiał na kolejny film dokumentujący przebieg zjazdu.
Wszyscy z zainteresowaniem słuchamy wykładu, zaproszonego przez Bożenę, profesora Adama Massalskiego, rektora Akademii Świętokrzyskiej. Opowiada on o historii regionu oraz przedstawia dzieje znaczniejszych rodzin Kielecczyzny. Po zebraniu i wykładzie tworzą się mniejsze koła, w których do późnych godzin nocnych dyskutuje się o przeszłości i dniu dzisiejszym Żółtowskich.
Piątkowy ranek budzi nas deszczem. Trochę nam to psuje humory, ponieważ to dzień wycieczkowy. Ale powoli niebo wypogadza się. Przewodnik ciekawie opowiada o powstaniu Gór Świętokrzyskich, stara się przekazać nam jak najwięcej wiadomości o zwiedzanej okolicy.
W Bodzentynie mamy okazję zobaczyć, jak wyglądało życie na wsi kieleckiej przed stu laty. Oglądamy wnętrza oryginalnie zachowanej chałupy Czernikiewiczów. Wydaje się, że jest pusta tylko dlatego, że gospodarze dopiero co wyszli w pole.
Następnie odwiedzamy miejsce kaźni mieszkańców wsi, których zamordowano w czasie okupacji hitlerowskiej. Takich miejsc w okolicach Kielc jest wiele. Działał tutaj silny ruch oporu, żeby przytoczyć tylko postać dowódcy AK majora Jana Piwnika - Ponurego. Chwila zadumy nad okrucieństwem wojny, na tym, że homo homini lupus est.
Udajemy się w dalszą podróż. Naszym celem jest Muzeum Henryka Sienkiewiczu w Oblęgorku, ale po drodze oglądamy jeszcze pomnik przyrody - najstarsze i najpotężniejsze drzewo w Polsce - dąb Bartek. Na pewno był on świadkiem wielu historycznych wydarzeń na przestrzeni kilkuset lat swego istnienia. Po porannym deszczu nie ma już śladu, jest piękna słoneczna pogoda. Pałacyk w Oblęgorku tonie w zieleni. Z uwagą oglądamy wnętrza, pamiętające czasy twórcy wspaniałych dzieł "ku pokrzepieniu serc"... i laureata literackiej Nagrody Nobla.
W drodze powrotnej do Kielc podziwiamy, kolejne już w dniu dzisiejszym, zjawisko przyrodnicze - przepiękne stalaktyty i stalagmity w Jaskini "Raj". Po zwiedzeniu stolicy Kielecczyzny, pełni wrażeń, wracamy do hotelu "Przedwiośnie", usytuowanego na zboczu góry Dąbrówka.
W piątkowy wieczór, to już staje się tradycją, uroczysta kolacja. W tym roku połączona z licytacją przywiezionych na zjazd różnorodnych przedmiotów. Ze swadą i humorem prowadzą ją Rafał i Mariusz. Wielu z nas wzbogaci się o kolejne pamiątki ze zjazdu, natomiast kasa Związku o niezbędne fundusze. Jarosław przygotował wspaniałe gadżety - dzwoneczki na pamiątkę pobytu w Górach Świętokrzyskich.
W sobotę rano udajemy się do pobliskiego kościoła na mszę w intencji rodu Żółtowskich. Po mszy pamiątkowe zdjęcia rodzinne. Udaje nam się wykorzystać konstrukcję schodów, które były zbudowane na uroczystości Bożego Ciała. Po mszy, wszyscy ci, którzy mają niedosyt zwiedzania, udają się samochodami na Łysą Górę, aby obejrzeć Klasztor Świętego Krzyża. Pogoda nam sprzyja, nieco przeszkadza przysłowiowy już kielecki wiatr. Klasztor jest zabytkiem, osobliwość jego polega na tym, że przed wiekami zbudowany został dla pewnej idei życia skupionego, kontemplacyjnego, oddanego Bogu, i nadal nią żyje. Jest to czynny obiekt sakralny, przy którym istniał zakon Ojców Benedyktynów, a obecnie zamieszkują go Misjonarze Oblaci Maryi Niepokalanej. Zwiedzamy go więc z należytym poszanowaniem, tym bardziej że trwa właśnie msza św. Szczególne wrażenie robi kaplica z przechowywanymi relikwiami Krzyża Świętego. Od ich nazwy pochodzi miano pasma Gór Świętokrzyskich.
Wracamy do hotelu, resztę sobotniego wieczoru spędzamy na rozmowach, wspominamy inne zjazdy, planujemy, co będziemy robić w następnych latach.
Niedzielny ranek to czas pożegnań. Bardzo nie lubię tej chwili, kiedy trzeba się rozstać na cały rok. Kiedy wracam do domu, ciągle myślę o tych kilku minionych dniach i związanych z nimi przeżyciach. Jest mi bardzo smutno, że te dni serdeczności i przyjaźni tak szybko minęły. Ale i tak jestem naładowana pozytywną energią i cieszę się, że mogę przeżywać te wspaniałe chwile wśród przyjaciół.
Serdecznie dziękuję Jackowi z Łodzi za mile słowa skierowane pod moim adresem. Dziękuję również Mirelli i Mariuszowi za doholowanie mnie do Łodzi (nie musiałam jechać przez Lublin). Brawo, Malwina z Wrocławia - uroczy tekst o świętym Mikołaju w nr. 34-35 kwartalnika. Gratulacje dla Piotra z Płocka. Przed świętami Bożego Narodzenia urodziła mu się córka.
Z serdecznymi pozdrowieniami Bogusia z Białej Starej.