Herb Związek Rodu Żółtowskich - Kwartalnik
Nr 36-37, edycja elektroniczna Skierniewice, styczeń-czerwiec 2004
« Poprzednia strona Związek | Kwartalnik | Archiwum Kwartalnika | Biblioteka | Redakcja | Wyszukiwanie | Spis treści numeru Następna strona »

Relacja Julii z Żółtowskich Bnińskiej - styczeń 2004

Od wiosny 1942 mieszkałam z matką i dwiema siostrami w Piotrkowicach Małych k. Proszowic.

Wiosną 1943 r. Helena Morstinowa z Kowar koło Proszowic (żona Alfreda, ps. Weronika) zawiadomiła mnie, że w Kowarach odbędzie się kurs sanitarny. Kurs prowadziła Barbara Świacka (o jej nazwisku dowiedziałam się później). Druga część kursu, chyba w czerwcu 43, odbyła się w Pławowicach. Chyba się nie mylę, że brały w niej udział Iretka, Anusia, córki Stanisława Żółtowskiego z Kadzewa, i Maja, moja dużo młodsza siostra. Kurs był podzielony na 2 części: teoretyczną i praktyczną. Teoretyczna była dość oczywista, w praktycznej uczyłyśmy się "szpitalnego" słania łóżek, podejścia do chorego, obracania, mycia, robienia zastrzyków, etc. [...]

W styczniu 1944 udało mi się dostać do szpitala św. Łazarza w Krakowie na dwumiesięczną praktykę. Niemiec, prof. F[rus?], ówczesny chirurg naczelny, jakoś nie zauważył, że podpisał pozwolenie na moją praktykę! Pracowałam na sali kobiecej (chyba 60 b. ciężko chorych lub umierających), myłam chorych, robiłam opatrunki. Warunki sanitarne były straszne, polscy doktorzy wspaniali, a także dwie szarytki, siostry Agnieszka i Amelia.

Chyba wczesną wiosną i latem 1944 Helena Morstinowa zaczęła mnie wysyłać na "inspekcje" wielu punktów sanitarnych, które powstały lub powstawały w okresie lato 1943 - wiosna 1944. Apteka "Pod gwiazdą" w Krakowie (właściciele Zygmunt Karłowski i jego żona Jaga) dostarczała wszystko, co mogło się przydać w nagłej wojennej potrzebie: bandaże, watę, strzykawki, niektóre lekarstwa, gips, etc. Jedynym problemem był transport z Krakowa do majątków, ale jakoś znajdowano ciężarówki i pozwolenia od Niemców na przewóz fikcyjnych towarów, może nawozów. Nie wiem, w ilu majątkach (mówię wyłącznie o proszowskich) były punkty sanitarne. Nie wiem, czy ktoś pamiętał o Piotrkowicach Małych.

"Inspekcje" wymagały podania komuś w majątku hasła. Czasami było gorzej z odzewem. Mówiło się wyłącznie, w jakim stanie znajdują się lekarstwa etc. Mowy nie było o sprawdzaniu zawartości pak, w których się znajdowały, gdyż te były bardzo dobrze zakamuflowane.

W końcu października 1944 znów dostałam wiadomość od "Weroniki"', że ok. 40 (lub więcej) osób z Warszawy (po powstaniu) zostało wyrzuconych na którejś stacji kolejowej koło Proszowic. Niemcy otworzyli pożydowski dom, ktoś przyniósł słomy (w charakterze łóżek) dla tych ludzi, trzeba się nimi zająć. Zajmowaliśmy się: miejscowy doktor i ja. Pracowałam sama przez pierwszą noc. Nikt mi nie umarł. Nie było niczego poza wodą. Na dzienną zmianę przychodziła dyplomowana pielęgniarka. Pracowałam przez wiele tygodni na nocnej zmianie. Może nigdy żadna praca bardziej mi nie odpowiadała.

O "Uprawie" nigdy się wtedy nie mówiło, o jej istnieniu dowiedziałam się z książki Michała Zółtowskiego.

Ciąg dalszy nastąpi


« Poprzednia strona Początek strony Następna strona »