|
|
Związek Rodu Żółtowskich - Kwartalnik | |
| Nr 32, edycja elektroniczna | Skierniewice, kwiecień 2003 | |
| « Poprzednia strona | Związek | Kwartalnik | Archiwum Kwartalnika | Biblioteka | Redakcja | Wyszukiwanie | Spis treści numeru | Następna strona » |
Od Redakcji
Autor w 1987 r. wydał po raz pierwszy swoje wspomnienia o Leonie Krzeczunowiczu. Znaczna ich część dotyczyła działalności Leona Krzeczunowicza w 1940-1944 w konspiracyjnej organizacji o nazwie "Uprawa" zmienionej następnie na "Tarcza". Drugie wydanie wspomnień wyszło w 1989 r. Po upływie kilkunastu lat Autor, po uzyskaniu nowych materiałów, wraca do tej tematyki i przygotowuje nowe, rozszerzone wydanie.
Przedstawiamy poniżej w dwóch częściach wybór fragmentów tej pracy. Część pierwsza zawiera informacje o motywach powstania organizacji w 1940 r., jej twórcach i o zakresie działalności. Przytoczono też fragmenty relacji uczestników wydarzeń. W części drugiej i trzeciej znajdą się relacje osób z kręgu rodziny Żółtowskich o ich działalności w "Tarczy - Uprawie". Podane tu informacje są nadal jednym z niewielu źródeł wiedzy o tej organizacji - może ją znacznie rozszerzyć sympozjum planowane przez środowiska ziemiańskie.
Od Autora
Zacznę od postawienia pytania: - dlaczego, po prawie 60 latach od zakończenia wojny, przeciętny Polak nigdy nie słyszał o organizacji pod nazwą "Uprawa" lub "Tarcza". Do tej pory nie ma o niej nawet wzmianki w encyklopediach ani w podręcznikach historii. A przecież była to rozległa i prężna organizacja, która pomogła przetrwać lata wojny setkom i tysiącom Polaków. Odpowiedź jest prosta. Skoro tworzyli ją ziemianie i przemysłowcy, którym - w myśl zasad marksizmu - zabrano bez odszkodowania majątki i siedziby, nie można było pisać o ich zasługach dla kraju. Co więcej, najbardziej zasłużeni znaleźli się w ciężkich więzieniach. Tak się złożyło, że na mnie pierwszego spadł ciężar, ale i zaszczyt przełamania tej zmowy milczenia. Zawdzięczam to pośrednio mojej pasji do koni. Dzięki niej zaprzyjaźniłem się w 1934 r. we Lwowie ze znakomitym jeźdźcem cywilnym Leonem Krzeczunowiczem, w czasie wojny współtwórcą "Uprawy - Tarczy". Podziwiałem nieprzeciętną jego osobowość. Leon zginął w 1945 r. w obozie Dora.
Po wojnie jego siostra, Helena Rudnicka, poszukując kogoś, kto napisałby życiorys brata, nakłoniła mnie do tego. Tak się zaczęło. Przez siedem lat szukałem materiałów i próbowałem coś pisać. Archiwum "Uprawy - Tarczy" zostało celowo zniszczone, by nie wpadło w niepowołane ręce. Natomiast informacje o pracy Leona zbierał także inny działacz tej organizacji, Krzysztof Morstin z Raciborska, i składał je we wrocławskim Ossolineum. Tam początkowo nie chciano ich udostępniać, lecz w końcu udało się do nich dotrzeć pod pretekstem przygotowywania materiałów na sympozjum w Instytucie Historii PAN w Warszawie. Później wiele pomogło poparcie prof. Janiny Leskiewiczowej i jej pismo do cenzury.
Tak doszło w 1987 r. do poligraficznego wydania w 500 egzemplarzach "Tarczy Rolanda". Roland to była nazwa ukochanego konia Leona, wcześniej jednak imię sławnego w czasach Karola Wielkiego rycerza. Wierny otrzymanemu rozkazowi bronił do końca przełęczy górskiej i na niej zginął. Leon swą postawą bardzo go przypominał.
Warto dodać, że obecnie zainteresował się "Uprawą - Tarczą" Instytut Pamięci Narodowej, który posiada długie listy ziemian więzionych po 1945 r. za działalność w czasie okupacji. Doszły też nowe, wręcz sensacyjne wspomnienia. Może się uda coś z tego opublikować. A informacji o udziale Żółtowskich w tym dziele proszę szukać w następnym numerze Kwartalnika.
A teraz przejdę do konkretów, zaczynając od historii.
Powstanie konspiracyjnej organizacji warte jest szczegółowego opisu.
Za jej twórcę słusznie uważany jest Karol Tarnowski, choć udział Leona Krzeczunowicza w rozwoju organizacji był tak znaczny, że w oczach wielu współczesnych uchodził za właściwego założyciela.
Jak się nieraz zdarza, tak i tym razem impuls do powstania dzieła o dużym zasięgu miał skromne początki, a zrodził się bardziej ze zbiegu okoliczności niż z wcześniejszych założeń. Jesienią 1939 roku wynikła konieczność szybkiego zaradzenia potrzebom Polaków wysiedlanych z dawnego zaboru pruskiego, wcielonego teraz do Reichu. Skoro zaczęły napływać do Krakowa pierwsze transporty pozbawionych dachu nad głową ludzi, trzeba było pomyśleć o zorganizowaniu dla nich pomocy: znalezieniu mieszkań, dostarczeniu żywności i odzieży. Prezes Krakowskiego Związku Ziemian rozwiązanego przez okupanta w październiku 1939 r., Karol Tarnowski z Chorzelowa, zwrócił się do swego znajomego płka Włodzimierza Olszewskiego, proponując mu zajęcie się tą sprawą. Płk Olszewski doskonale wywiązał się z zadania, organizując komitet pomocy wysiedlonym, do którego potrafił dobrać sobie odpowiednich współpracowników. Komitet położył wielkie zasługi na tym polu podczas całej wojny i dotrwał aż do 1945 roku.
Dziwnym zbiegiem okoliczności ta naprędce zorganizowana udana działalność charytatywna legła u podstaw szeroko zakrojonej organizacji, która w przyszłości objęła cały kraj. Rozmyślając nad aktualną sytuacją, Tarnowski doszedł do przekonania, że istnieje wiele równie ważnych zagadnień domagających się rozwiązania, a przynajmniej podjęcia natychmiast zdecydowanych kroków. Kto ma tym się zająć, skoro naród stracił samorządność? Pozostał tylko jeden element: ludzie, którzy jeszcze dysponują większym majątkiem i zachowali dużą niezależność, z którymi Niemcy się liczą - ziemianie i przemysłowcy. Niemcom ze względów wojskowych bardzo zależało na utrzymaniu sprawnie działającej produkcji rolnej i leśnej oraz przemysłu. Na razie nie chcieli wszystkiego obsadzać własnymi ludźmi. Inna rzecz, że wybijających się obywateli spośród ziemian rozstrzelali prawie zaraz po ukończeniu działań wojennych, niemało też było aresztowań. Chodziło o zastraszenie pozostałych. Ogół jednak korzystał z pewnej swobody i szanowanych przez policję papierów, przysługujących prowadzącym Grossbetrieb - duży zakład produkcyjny.
Zdarzyło się, że w okresie, kiedy Tarnowski rozważał te problemy (a był to już rok 1940), spotkał w Krakowie Leona Krzeczunowicza, który przebywał tam z rodziną. Podzielił się z nim swymi refleksjami i spostrzegł, że jego rozmówca myśli podobnie jak on. Leon już wcześniej zdążył nawiązać ścisły kontakt z płk. Tadeuszem Komorowskim (ps. "Korczak" i "Prawdzic"), który był wówczas komendantem Krakowskiego Obszaru IV Związku Walki Zbrojnej. Przyszły generał Bór-Komorowski znał dobrze Leona z czasów, gdy obaj startowali w wyścigach i konkursach w Małopolsce Wschodniej. Cenił jego rozum i charakter. Komendant żywo zainteresował się ich ideą i potraktował ją bardzo poważnie. Zaakceptował myśl utworzenia ziemiańskiej organizacji o zróżnicowanych celach, wspierającej akcję zbrojną. Zdecydowali utworzyć organizację złożoną z ludzi zakonspirowanych i zaprzysiężonych. Przedstawiony plan został uzupełniony wskazówkami dotyczącymi przyszłych obowiązków. Ustalili też tekst przysięgi. Organizacja nie miała początkowo swego kryptonimu, póki rząd londyński nie nadał jej nazwy "Uprawa". W przyszłości, ponieważ Niemcy wciąż ją tropili, "Uprawa" przemianowała się na "Tarczę", potem na "Opiekę", na koniec na "S1".
Wśród zachowanych w Ossolineum źródeł jedno zasługuje na szczególną uwagę, gdyż pochodzi od samego założyciela organizacji - Karola Tarnowskiego. Dokument pokazuje, że od pierwszej chwili liczba zadań, jakie sobie stawiała "Uprawa", była bogata i różnorodna.
"Jakie były zadania organizacji?
Do wymienionych tu celów dochodziły wciąż nowe, podyktowane potrzebami chwili, nawet takie, jak tworzenie tajnych podchorążówek po dworach.
"«Tarcza» - pisze Wacław Skarbek-Borowski - która miała skupiać wszystkie warstwy społeczne, składała się głównie z ziemian, po prostu dlatego, że zadania wyznaczone przez kolejnych dowódców Okręgu Krakowskiego (1. płk Komorowski «Bór», 2. płk Miłkowski «Denhoff», 3. płk Spychalski «Luty», 4. płk Godlewski «Garda», 5. płk Nakoniecznikoff- Klukowski) polegały głównie na pracy w wiejskim terenie, gdzie ziemianie mieli wielkie możliwości:
Na początek uznano za rzecz najpilniejszą zbiórkę pieniędzy na pomoc dla ukrywających się oficerów, żyjących nieraz w bardzo ciężkich warunkach i narażonych na wyłapanie przez gestapo. Karol Tarnowski wziął się energicznie do roboty i po kilku tygodniach przywiózł do Krakowa dość znaczną sumę pieniędzy, które nadeszły w samą porę.
Nastąpiła właśnie pierwsza wsypa, Niemcy trafili na trop ZWZ. Wtedy na szczycie zapadła decyzja, by cały sztab rozesłać z Krakowa w różnych kierunkach. Płk Komorowski przeniósł się do Warszawy. Pieniądze zebrane przez "Uprawę" umożliwiły w tej trudnej chwili wszystkim oficerom ze sztabu znalezienie środków do życia. Ta pierwsza udana operacja upewniła założycieli "Uprawy", że ich akcja jest potrzebna i powinni ją dalej prowadzić.
Zaraz tej pierwszej jesieni wojny wynikła paląca potrzeba pomocy profesorom Uniwersytetu Jagiellońskiego i ich rodzinom. W październiku profesorowie zostali aresztowani i wywiezieni do obozu, później jednak zwolnieni. Trzeba było wynaleźć im bezpieczne schronienie, jak również zapewnić środki do przeżycia ich rodzinom. Z przeprowadzonej na ten cel zbiórki wpłynęła pokaźna suma 260 000 zł, która pozwoliła skutecznie pomóc rodzinom profesorów. Stopniowo lokowano ich po różnych dworach. W lecie 1940 r. Ludwik Hieronim Morstin z żoną Janiną z Żółtowskich zorganizowali u siebie w Pławowicach kolonie dla kilkunastu dzieci profesorów Uniwersytetu Jagiellońskiego.
Dalsze problemy nasuwało samo życie. Trzeba było obserwować i notować ruchy wojsk niemieckich, pomagać w przerzutach na Węgry, ukrywać tych, którzy zbiegli z więzień i obozów, zatrudniać oficerów, którzy nie zameldowali się u władz niemieckich, a musieli posiadać kartę pracy.
Poza tym dawała się odczuć potrzeba organizowania pracy charytatywnej. Należało otoczyć opieką wdowy i sieroty po poległych we wrześniu wojskowych, dawać schronienie Żydom, wysyłać paczki do więzień, obozów i oflagów, zająć się tajnym nauczaniem młodzieży. Z czasem do tych wszystkich spraw dołączył jeszcze kontrwywiad w terenie. Jedną z dziedzin, którą "Uprawa" najlepiej rozwinęła, była akcja sanitarna. Polegała na szkoleniu sanitariuszek i gromadzeniu leków i narzędzi chirurgicznych, wyposażeniu w nie wyznaczonych obiektów - w pierwszym rzędzie dworów. W miarę jak zaczęły się tworzyć w terenie oddziały wojskowe AK, "Uprawa" brała na siebie obowiązek zaopatrywania ich w żywność, odzież, broń.
W ostatnim okresie wojny służba sanitarna wyszkolona w ramach tej akcji odegrała ogromną rolę, ratując setki ludzi.
Trudno nie przyznać wielkiej wagi innemu źródłu pochodzącemu od wojskowego dużego formatu - płk. Tadeusza Bora-Komorowskiego.
"W okupowanym Kraju powstają spontanicznie dziesiątki tajnych organizacji wojskowych, łączących się powoli z nadrzędną Armią Krajową.
Miasto i wieś, dwór i czworaki stanowią jej bazę operacyjną. Obok chłopa, który służył przed wojną w wojsku, staje do szeregu syn dziedzica i robotnik, względnie student z miasta, wszyscy ochotniczo. Takiej jedności jeszcze nigdy nie było i ktoś, kto tego sam nie przeżywał, nigdy nie zrozumie.
Już w pierwszych latach wojny powstaje samorzutnie ziemiańska organizacja pomocnicza przyjmująca kryptonim «Uprawa», a później «Tarcza», która przez usta swego szefa ofiaruje władzom ZWZ swe usługi. O jej przywódcy: «Expressie», «Rolandzie» napiszę osobno, na razie wspomnę tylko, że był właścicielem pięknego majątku w Małopolsce Wschodniej, i że nazywał się Leon Krzeczunowicz.
«Uprawa» zrzeszała w swoich szeregach tych wszystkich, którzy z jakichś powodów nie należeli do podziemnych organizacji wojskowych, względnie należąc pragnęli trzymać związek z wyższymi władzami podziemia przez swojego Kierownika. Początkowe jej zadania rozrosły się z biegiem lat wojny, a skromna myśl osłaniania i zaopatrywania walczących żołnierzy przyniosła zbawienne skutki na płaszczyźnie o wiele ważniejszej, niż bezpośrednia pomoc oddziałom terenowym, partyzanckim, na płaszczyźnie jedności narodowej i porozumienia klasowego. Władze AK zasięgały czasem opinii «Tarczy» w sprawach związanych z przyszłym układem stosunków w rolnictwie i rozbudzoną świadomością wsi, wiedząc, że jej ocena była bezstronna, wnikliwa i powzięta pod kątem ogólnego dobra Kraju.
Donacje pieniężne dla AK były poważne i bardzo pomocne w początkach i pod koniec jej istnienia, kiedy zwykłe źródła dochodów skończyły się ze zmianą frontów i upadkiem Powstania Warszawskiego.
Sprawy finansowe Armii Krajowej były prowadzone niezwykle skrupulatnie i uczciwie, toteż donatorzy byli spokojni, że ich pieniądze były wydatkowane rzeczywiście «pro publice bono». Kwaterowanie urlopowanych i melinowanie spalonych członków AK zmieniło się pod koniec w powszechne i masowe przyjmowanie zbiegów z miast i rozbitków Powstania Warszawskiego. Domy, które miały normalnie 10-15 mieszkańców (bez służby), na przełomie 44/5 roku dawały bezpłatnie schronienie i wyżywienie 30 i więcej osobom. Mowa tu oczywiście o przeciętnym małym dworze, dla którego to obciążenie było ponad siły.
Niezmiernie ważną i wprost nieocenioną była stała, świetnie zorganizowana pomoc dla oddziałów partyzanckich, które od lata 43 r. poczęły się mnożyć jak grzyby po deszczu, a w rok później nasyciły teren do takiego stopnia, że tylko opieka «Tarczy» uchroniła je od głodu, demoralizacji i rabunku. Wiadomą jest bowiem rzeczą, że partyzantka nie może istnieć przez dłuższy okres czasu bez poparcia miejscowej ludności. Niemcy wiedzieli o tym dobrze i wykrywszy oddział partyzancki mordowali okolicznych mieszkańców, a całe wsie puszczali z dymem. Taki los spotkał Lipnik w pow. myślenickim i Smrokowice w miechowskim [jak również Barbarkę koło Minogi w tymże miechowskim - przyp. M. Ż.], żeby wspomnieć tylko te, które przychodzą na myśl. Znane są powszechnie tragedie wsi na Lubelszczyźnie i w Zamojskim.
Pomimo tych okrucieństw, członkowie «Tarczy» nie przestawali pomagać oddziałom tak, że w lecie 1944 r. doszło do aresztowania dowódcy tej organizacji «Rolanda» i do ucieczki jego zastępcy «Kmicica», który musiał dołączyć do partyzantki.
Oprócz tych głównych zadań «Tarcza» oddawała wielkie usługi miejscowym inspektorom [...], dowódcom obwodów i placówek, czy to znajdując dla nich pracę, czy mieszkania, czy wreszcie wożąc ich po terenie dworskimi pojazdami, o wiele bezpieczniejszymi od rowerów, względnie pociągów.
Kiedy w 43 czy 44 r. okręg zmienił inspektora, wysyłając go w teren, kontaktował go z przedstawicielem: «Tarczy», a ten ułatwiał mu zwykle znalezienie nowego bezpiecznego miejsca postoju. W ten sposób ocalono wiele cennych żyć ludzkich, potrzebnych dla dobra Sprawy." (Bór Komorowski - O Bohaterach Polski Podziemnej)
To, co powyżej napisałem, daje ogólny obraz prac "Uprawy". Trzeba dodać, że w miastach "Uprawa" stawiała do dyspozycji lokale kontaktowe i noclegowe oraz ułatwiała niektóre zadania wywiadu czy kontrwywiadu.
W przytoczonych relacjach brak choćby krótkiego opisu Akcji Sanitarnej prowadzonej przez cały okres okupacji z inicjatywy Zygmunta Karłowskiego i jego żony Jadwigi. Dzięki dobrej organizacji doszło do tego, że niemal wszystkie apteki zostały do niej włączone. Każdy dwór dysponował apteczką, często narzędziami chirurgicznymi, a nawet zdołano wyposażyć sześć szpitali w terenie. Walki partyzanckie toczyły się w różnych częściach kraju, było wielu rannych, lecz szczególne zasługi przyniosła Akcja Sanitarna w 1944 r., gdy na terenie Małopolski oddziały partyzanckie włączyły się do otwartej walki z okupantem.
ciąg dalszy nastąpi