|
|
Związek Rodu Żółtowskich - Kwartalnik | |
| Nr 26, edycja elektroniczna | Skierniewice, wrzesień 2001 | |
| « Poprzednia strona | Związek | Kwartalnik | Archiwum Kwartalnika | Biblioteka | Redakcja | Wyszukiwanie | Spis treści numeru | Następna strona » |
Moje wrażenia ze Zjazdu są wybitnie subiektywne - związek z rodzinną Wielkopolską zawarłem przed osiemdziesięciu laty. Uderzały mnie zmiany, lecz również widzę wartości, jakie ta kraina potrafiła zachować w trudnych obecnych czasach.
Uroczystość Bożego Ciała obchodziliśmy w Zaniemyślu - niewielkim miasteczku położonym nad brzegiem jeziora. Zwracało uwagę staranne przygotowanie procesji, liście paproci i tataraku rozesłane na ulicach, orkiestra, wielka liczba ministrantów. Gdzie duchowieństwo jest gorliwe, tam i parafianie garną się do Kościoła. Widzieliśmy młodzież we wszystkich grupach wiekowych, małe dzieci w wózkach, starsze osoby.
Prelekcja profesora socjologii Andrzeja Kwileckiego z Poznania odbyła się po południu. Była ciekawa i bogata w treść. Poruszał on różne tematy w sposób nietypowy - zwrócił uwagę, że zbierane materiały o rodzinach wielkopolskich mają charakter biograficzny, natomiast brak im ujęć szerszych, monograficznych. Interesujące więc byłyby opracowania tematów takich jak: studia młodzieży, metody gospodarowania, przebrnięcie przez trudną epokę zniesienia pańszczyzny, zdobywanie tytułów, gromadzenie dzieł sztuki, udział w pracy społecznej na wsi itp. Poruszył problem tworzenia się warstwy inteligencji miejskiej z młodzieży ziemiańskiej, która z różnych powodów musiała szukać chleba w mieście. Zwrócił uwagę na wielkie i dodatnie znaczenie tego zjawiska. Aktualnym tematem była sprawa przebaczenia tym, którzy niekiedy zbyt daleko posunęli się w swojej współpracy z rządami państw zaborczych. Przywołał postać gen. Dowbór-Muśnickiego, oficera carskiej armii, który nie potrafił nawet prawidłowo podać komendy po polsku podczas uroczystości wojskowych. Bardziej drastyczny był przykład gen. Raszewskiego, pochodzącego z ziemiańskiej rodziny, który przez trzydzieści lat wiernie służył w wojsku Hohenzollernów. Piłsudski nie wahał się jednak zrobić go dowódcą Okręgu Korpusu w Poznaniu i Raszewski przez długie lata dobrze to zadanie spełniał. Te przykłady powinny wskazywać nam drogę postępowania obecnie w Polsce, ile razy spotykamy ludzi, którzy chcą i umieją ojczyźnie służyć, mimo iż mieli pogmatwaną przeszłość.
Objazd dawnych siedzib rodzinnych odbył się w piątek. Zaczęło się od Kadzewa pod Śremem. Bywałem tam często przed wojną i lubiłem atmosferę tego domu. Pani domu, Cecylia z domu Ronikier, żona "103-letniego hrabiego", jak o Stanisławie pisano, stwarzała w Kadzewie niezwykle pogodną, ciepłą atmosferę. Wojna ciężko dotknęła tę rodzinę, lecz po latach wygnania, wrócił wnuk, Stanisław Byszewski z rodziną i odkupił za zarobione pieniądze dom i park. Obecni państwo domu byli właśnie w Sopocie, gdzie ich 9-letni syn miał brać udział w zawodach konnych. Oglądaliśmy pokazywaną przez Iretkę - Irenę z Żółtowskich Byszewską, ich matkę, z gustem urządzoną część domu. Mieszkają w iście polowych warunkach i można ich za to podziwiać.
Iretkę, będącą dzisiaj babcią pięciorga dzieci Byszewskich, pamiętam jako podlotka w Pławowicach u jej krewnych Morstinów w czasie wojny. Razem z młodziutką Anusią, dziś Ulatowską, która zjawiła się również na Zjeździe, uczyły się przerabiając klasy szkoły średniej. Ludwik Hieronim Morstin, dramaturg, nawet w tak trudnych czasach nie mógł obejść się bez teatru, toteż reżyserował sztuki teatralne swego pióra, w których Iretka grała ważne role. To doprowadziło ją po wojnie do ukończenia szkoły teatralnej w Krakowie, a następnie do długiej kariery aktorskiej na różnych scenach. Jest przypuszczalnie jedyną Żółtowską o podobnej przeszłości.
Następnym etapem było Muzeum Regionalne w Kościanie - spotkanie z p. Magdaleną Lajszner, kustoszem tegoż muzeum. Jest historykiem publikującym dzieje dworów i pałaców ziemi kościańskiej. Prosi o dawne zdjęcia dworów i ich wnętrz. Dwa spośród nich uwiecznił Jan Bułhak, opracowując albumy zawierające po kilkadziesiąt zdjęć. Instytut Sztuki w Warszawie, ul. Długa 28, chętnie odbija dla siebie dawne zdjęcia, ofiarowując jednocześnie właścicielom albumów komplet doskonałych odbitek.
Najciekawszym eksponatem wydał mi się ułamany róg tura wraz z częścią czaszki. Jest to, zdaje się, unikalne znalezisko, nie tylko w Polsce. Średnica rogu wynosi około 13-15 cm, czyli tyle co kilka średnic rogu krowy.
Magdalena Lajszner opowiedziała o historycznym zdarzeniu związanym z ratuszem miejskim, w którym mieści się muzeum. Stoi on na środku rynku w Kościanie. Tutaj w październiku 1939 r. dwukrotnie odbyły się rozstrzeliwania Polaków, mające wprowadzić terror w polskim społeczeństwie. Raz rozstrzelano pod murami ratusza trzech zakładników, a potem, 22 X 1939, aż 32 osoby. Zginęli wtedy ludzie najbardziej zasłużeni dla Wielkopolski: Mieczysław Chłapowski, Jan Szołdrski, Edward Potworowski oraz wielu innych działaczy społecznych, gdyż takich wybierano na zakładników. Tych trzech znałem osobiście i pamiętam audycję z zagranicznego radia, którego słuchałem we Lwowie, gdy wymieniono ich nazwiska. Podobne egzekucje odbywały się też w innych miastach Wielkopolski, lecz kościańska była najbardziej znana. W Śmiglu zebrano też kilkudziesięciu zakładników, by ich rozstrzelać, wśród nich mego ojca i brata. W ostatniej chwili uratowała wszystkich interwencja dwóch ziemian Niemców. Pamiętali zapewne, jak mój ojciec, jako prezes komisji do spraw likwidacji poniemieckich majątków, zaprotestował przeciw niezgodnemu z przepisami ich nabywaniu. Kosztowało go to przysłanie z Warszawy komisji dyscyplinarnej i w końcu ustąpienie z urzędu. Temu jednak zawdzięczał uratowanie od śmierci.
W chwilę po Kościanie znaleźliśmy się w moim rodzinnym Czaczu. Starałem się spojrzeć na dokonane tam przemiany w duchu jak największego obiektywizmu. Oceniam w pełni decyzję mieszkańców wsi, którzy po długotrwałym zamieszkiwaniu w pałacu masztalerzy, a później owczarzy, zdecydowali się na podjęcie kosztownego remontu i założenie szkoły zbiorczej. Dzieci i młodzież z siedmiu okolicznych osiedli zdobyły tu podstawowe wykształcenie. Nasze rozmowy toczyły się w dawnym salonie, zamienionym na szkolną bibliotekę. W tym salonie ustawiano niegdyś sztandar pułkowy 17. Pułku Ułanów z Leszna, który często tędy wyjeżdżał na ćwiczenia. Dwory ziemiańskie spełniały różnorakie funkcje, były ośrodkami pracy społecznej na wsi, a zwłaszcza prężnie rozwijającej się Akcji Katolickiej. Stanowiły bazę kultury intelektualnej, a czasem artystycznej, szybko rozwijającej się w XIX wieku.
W Czaczu biblioteka liczyła 12 000 tomów, a biblioteka mojej matki, skromniejsza, posiadająca 2000 tomów, była w ciągłym ruchu, służąc wsi i pracownikom. Dzięki kolekcjonerskim zamiłowaniom mego dziadka ze strony matki, Juliusza Ostrowskiego, poznaliśmy w Czaczu obrazy większości malarzy polskich z przełomu XIX i XX wieku. Po rodzinie mojej prababki, z domu Mycielskiej, zachował się zbiór pięknej starej broni i kolekcja starych sztychów, które Niemcy w czasie wojny spalili. Długa na kilka metrów oszklona szafa mieściła znaleziska prehistoryczne z epoki łużyckiej (1200-600 lat przed Chr.) i bardzo wczesnego średniowiecza, odkopane w polu. Były tam wyroby kamienne, urny wszelkiego rodzaju i nieco późniejsza broń z dawnych czasów. Stare cmentarzysko pogańskie obfitowało w takie przedmioty.
Jan Żółtowski był kolatorem dwóch parafii: Czacza i Białcza, i pokrywał w 3/4 wydatki na świątynie i probostwa. Obecnie przejęła te ciężary parafia.
Mieszkańcom Czacza jesteśmy wdzięczni, że gdy Niemcy w czasie II wojny światowej
wyrzucili z domu archiwum naszego pradziadka, Marcelego, zabezpieczyli wszystkie
ciekawe dokumenty, które znalazły teraz swoje miejsce w publicznych archiwach
i naszym małym, rodzinnym.
Z Czacza podążyliśmy do Jarogniewic - znajduje się tam stary pałac
zamieniony na zakład dla niepełnosprawnych. Jego właściciel, mój stryj,
Adam Żółtowski studiował na pięciu wyższych uczelniach w Niemczech
rolnictwo i ekonomię. Jego praca dyplomowa z 1889 roku wzbudziła
zainteresowanie Uniwersytetu Jagiellońskiego i zaofiarowano mu katedrę
ekonomii. Stryj odmówił, uważając, że jego pierwszym obowiązkiem jest w
czasie walki o ziemię z rządem pruskim bronić swego majątku. Pełnił
wysokie funkcje społeczne, bardzo w owych trudnych czasach ważne. Jemu i memu
ojcu szpital w Kościanie zawdzięczał dobudowę piętra.
Pobliskie Głuchowo należało do syna Adama, Marcelego - ojca obecnych na zjeździe Marysi Glińskiej i Reni Jakubowskiej oraz Piotra, nieobecnego na Zjeździe z powodu podróży służbowej. Z Marcelim byłem razem na wojnie, miał Virtuti Militari za rok 1920, w okolicy uchodził za bardzo dobrego gospodarza, w dodatku nowatorskiego. Doskonale umiał liczyć i przewidywać. W latach kryzysu gospodarczego pomagał kilku sąsiadom w ratowaniu majątków. Zadziwił rozwiązaniem z dostawą mleka. Wówczas Katowice płaciły o 1 czy 2 grosze więcej za litr, wobec czego Marceli zorganizował codzienną dostawę mleka na wczesny pociąg śląski. Kupił pierwszą w okolicy przyczepę na oponach i codziennie cztery konie kłusem dowoziły nią bańki na odległą o 35 km stację. Nazajutrz odpoczywały, a do Poznania biegła druga czwórka. Ta ryzykowna próba doskonale zdała egzamin i przynosiła dochody.
Z Głuchowa wiodła nas droga do Ujazdu - pierwotnie nie mieliśmy tam zbaczać z naszej długiej trasy, lecz Rafał dał się namówić na wprowadzenie tej zmiany. Ujazd zachwycił wielu z nas swym charakterem osiemnastowiecznego,parterowego polskiego dworu o łamanym dachu. Ostatnio kupił go historyk zamieszkały w Wilanowie, którego mieliśmy możność poznać. Zamierza wszystko, nawet wnętrza, doprowadzić do dawnego stanu.
Z Ujazdu wywodzi się nasza linia Wielkopolska: tutaj mieszkał jej założyciel, Jan Nepomucen, i tu wychował swych czterech synów, którzy nie przynieśli mu wstydu.
W parku uderzył mnie widok prastarych dębów i platana o czterech potężnych konarach. Ochrona Zabytków Przyrody oblicza wiek dębów na 250 lat.
Wargowo - to ostatnia wizyta tego dnia. By tam dotrzeć, musieliśmy przejechać szmat drogi pustymi na ogół szosami. Z przyjemnością patrzyłem na wysoki poziom upraw polowych w Wielkopolsce, podobnie jak na stan dróg i estetykę utrzymania poboczy.
W Wargowie byłem tylko raz w życiu, w 1938, kwaterując z moim pułkiem w sąsiedniej wsi. Otrzymałem wtedy zwolnienie na całe popołudnie i dzięki temu mogłem dłużej rozmawiać ze stryjem Stanisławem, ówczesnym właścicielem, i jego synem Henrykiem. Stryj był człowiekiem dużej inteligencji, jego praca doktorska o finansach Księstwa Warszawskiego spowodowała, iż otrzymał zaproszenie do objęcia katedry historii na Uniwersytecie Jagiellońskim. Odmówił z tych samych względów co Adam z Jarogniewic.
Najstarszy z jego trzech synów, Henryk, zadziwiał zdolnościami, lecz uzarania życia doznał ciężkich porażek. Wyszedł z nich zwycięsko i pracując w Banku Rolnym jednocześnie zdobył doktorat z prawa, co było bardzo wtedy trudne. Rozgrywał też, razem z młodszym bratem, mecze tenisowe jako reprezentant Poznania. W 1939 r. dostał się na Litwie do obozu dla Polaków. Wywieziony wraz z żoną i dziećmi, pracował w tajdze. Zaczął ściągaćPolaków do armii Andersa i za to w końcu został uwięziony i zginął na Syberii. Jego dzieci do 1947 r. pozostały w Libanie, skąd wyjechały do Anglii. Po latach sprzedali wszystko, co tam zdobyli, i wrócili, by odrestaurować dom rodzinny i w nim zamieszkać. Z pewnością można by napisać powieść o ich życiu.
Drugi syn, Stefan, zginął w Katyniu, a stryj Stanisław i razem z nim jego mały wnuczek, zmarli z głodu i wycieńczenia, uchodząc z Wielkopolski w 1939 r. Najmłodszy z synów, Józef, przed wojną pracował w Lidze Narodów, dożył w Anglii sędziwej starości.