Herb Związek Rodu Żółtowskich - Kwartalnik
Nr 24, edycja elektroniczna Skierniewice, kwiecień 2001
« Poprzednia strona Związek | Kwartalnik | Archiwum Kwartalnika | Biblioteka | Redakcja | Wyszukiwanie | Spis treści numeru Następna strona »

Jan z Łodzi

Wizyta u Ojca Świętego

Ten dzień pozostanie w mojej pamięci na wiele, wiele lat. 16 października 2000 to dzień, w którym zdarzyło się tak wiele. Od zwątpienia i rezygnacji do niedowierzania, a potem do radości wypełniającej człowiekado samej głębi. Ale od początku. Najpierw śniadanie i wczesnym rankiempakujemy się do autokaru, żeby dojechać na godzinę l0:00 na specjalną audiencję Ojca Świętego dla Polaków. Już to jest wielkim wydarzeniem, przecież 16 października nigdy nie było żadnych audiencji. Ale jest jeden problem - na audiencję trzeba dojechać na czas (!), wygląda zaś na to, że jednak wyjechaliśmy za późno. Odległość do Rzymu wydaje się maleć bardzo wolno, a wskazówki naszych zegarków chyba oszalały - tak szybko się kręcą. Zaczynamy wszyscy panikować, jedni trochę więcej, inni trochę mniej. Trzeba było wstać o tej trzeciej! Wszyscy panikują? Jednak nie. Jest ktoś, kto twierdzi, że należy mieć ufność w Bogu i pomodlić się. To nasz ks. Józef - pielgrzymkowy kapelan. I rzeczywiście, udaje nam się zdążyć do Watykanu na czas. Fakt, że ledwo, ledwo, ale jednak na czas.

Jesteśmy w środku, w sali audiencyjnej, dosyć daleko od podium, ale jesteśmy. Nasz ksiądz gdzieś pobiegł. Dowiaduję się, że ma odebrać trzy zaproszenia dla członków Rodu, którzy przekażą Ojcu Świętemu: Adres od Rodu Żółtowskich, Genealogię z dedykacją oraz książkę Michała z Lasek o Matce Róży Czackiej. Mają pójść: mój tata, Rafał - nasz prezesoraz Bożena. Tata kazał mi wziąć dary i czekać na niego. Sam gdzieś zniknął (jak się okazało, szukał Rafała i Bożeny). Czekam na niego. Jest nasz ks. Józef. Hura! Zdobył nie trzy, ale pięć zaproszeń. No dobrze, ale jestem sam i nikogo z naszych nie widzę, a przez mikrofon proszą o natychmiastowe podejście do bramki, bo uroczystość już się ma rozpoczynać. Panika!

Co robić? Gdzie oni się podziewają? Przecież ktoś MUSI przekazać Ojcu Świętemu nasze dary! Zdecydowałem, że to jest najważniejsze. Nie ma prezesa, nie ma Bożeny, nie ma taty, to ja to zrobię i niech się dzieje, co chce. Idę powoli w stronę Gwardii Szwajcarskiej przy bramce. Już jestem blisko.

Ktoś mnie woła! SĄ! Jest tata, jest Bożena, jest Bogusia z Michałem, ale gdzie jest Rafał? Nie ma naszego prezesa.

Z mikrofonów słyszymy kolejne ponaglenie. Trudno - musimy iść bez prezesa. Już prawie dochodzimy do pierwszych dwóch rzędów. Jest Rafał - Bogusia oddaje mu zaproszenie, ale sama musi wracać. A była tak blisko! Wraca wolno, bardzo wolno... Wtem kolejna niespodzianka (to niesamowite) - nasz ksiądz zdobył jeszcze jedno zaproszenie i idziemy w szóstkę.

Emocje troszkę opadają i dopiero teraz zaczynam rozumieć, co się niedługo stanie. Wręczę Ojcu Świętemu dary od naszego Rodu. Niemożliwe! To się dzieje naprawdę. Tata mówi, abym przemyślał, co powiem. Co powiedzieć, żeby nie zapomnieć, żeby się nie zaciąć? Anonsują wejście Ojca Świętego - rozpoczyna się spotkanie. To wszystko jest takie nierealistyczne, to jakiś cudowny sen. Z oczu zaczynają mi lecieć łzy i trudno je powstrzymać. Bogusia podaje mi chusteczkę. Audiencja powoli idzie do przodu. Za chwilę podejdziemy, ofiarujemy dary i otrzymamy papieskie błogosławieństwo. Decydujemy, że do Ojca Świętego podejdziemy w trzech parach - najpierw Rafał z Bożeną, potem tata i ja, następnie Bogusia z Michałem (notabene Michał był najmłodszą osobą, która tego dnia składała dary - jedyne dziecko). Ustawiamy się w kolejkę.

Idziemy powoli do przodu, nogi zaczynają mi drżeć, a w gardle ściska. Rozłożyłem Genealogię tak, żeby Ojciec Święty widział stronę tytułową. Klękamy. Najpierw mówi tata. Teraz ja: "Bogu niech będą dzięki, Ojcze Święty, za to, że jesteś".

Całuję pierścień Rybaka i otrzymuję błogosławieństwo Ojca Świętego. Schodzimy z podium dość okrężną drogą. Z powrotem na poprzednie miejsce. Znowu zaczynam płakać, jestem bardzo szczęśliwy. Cokolwiek by potem nastąpiło, już nic nie zepsuje tego dnia. Zdarzyło się coś, o czym nawet nie śmiałem marzyć, byłem tak blisko Ojca Świętego, Papieża-Polaka, i to w rocznicę Jego wyboru, i jeszcze w Roku Jubileuszowym. Uczucie, które mnie ogarnia, jest wręcz niemożliwe do opisania. Zaczynam się modlić, chcę podziękować Bogu za to, co mnie dzisiaj spotkało.


« Poprzednia strona Początek strony Następna strona »