Herb Związek Rodu Żółtowskich - Kwartalnik
Nr 22, edycja elektroniczna Skierniewice, marzec 2000
« Poprzednia strona Związek | Kwartalnik | Archiwum Kwartalnika | Biblioteka | Redakcja | Wyszukiwanie | Spis treści numeru Następna strona »

Izabela Broszkowska

Wspomnienia z dzieciństwa i młodości

Ciąg dalszy z poprzedniego numeru.

Trzeba teraz wrócić do dziejów naszej rodziny widzianych moim okiem najstarszej z licznego rodzeństwa. Otóż w miesiąc czy dwa po moim wyjeździe do Polskiej Wsi (był to rok 1951) Tata stracił pracę w Rzecznej - w okolicznościach, które opisał w swoich wspomnieniach, za to tylko, że się "nie nadawał do rzeczywistości", jak stwierdził minister rolnictwa Tkaczow, do którego się Tata odwołał. Był to prawie cud, że skończyło się tylko na stracie pracy, bo inni byli ziemianie w tym czasie byli wsadzani na długie lata do więzienia, skazywani na podstawie fikcyjnych oskarżeń - chodziło o oczyszczenie rolnictwa z "wroga klasowego". Przez rok prawie, do jesieni 1952 roku Tata pracował dorywczo, bo wszędzie krążył za nim wilczy bilet, właśnie takiego wroga.

Trzeba było wynosić się z Rzecznej, mieszkaliśmy przecież w służbowym mieszkaniu. Zgodnie z wiarą w Opatrzność Bożą, w chwili gdy wydawało się, że sytuacja jest beznadziejna, jakiś gospodarz zaoferował rodzicom część swojego domu do zamieszkania w zamian za wykonanie remontu.

I tym sposobem znów ciężarówka przeprowadziła nas do wiejskiej chałupy w Zielonce Pasłęckiej - było to latem 1952. Pani Komornicka, jak zawsze, miała swój pokoik, a w pozostałych dwóch upakowała się jakoś reszta rodziny - sześcioro dzieci, rodzice plus Stasia. Mama porozwieszała obrazki, makatki, za parawanem urządziła łazienkę i mieliśmy znów swoje miejsce na ziemi. Do kompletu na wakacje przyjechali wujostwo Sokolnicy z trójką dzieci. Mieszkali w Poznaniu w jednym sublokatorskim pokoju i ledwie wiązali koniec z końcem. Pamiętam ogromne wiadro kartofli, które codziennie dla tej gromady trzeba było obierać. Podstawą wyżywienia jak zawsze było mleko od naszych dwóch krów i z nimi wiążą się moje niezbyt miłe wspomnienia. Do gospodarstwa przylegała łąka, na której te krowy miały się paść, a mnie przypadła rola pastucha. Trudność pasienia polegała na tym, że łąka była sucha, z trawą kompletnie wyjedzoną, a krowy były wielkie i głodne. Wokół zaś były pola sąsiadów z burakami, koniczyną i innymi atrakcyjnymi krowimi przysmakami. Krowy więc zaczęły wyprawiać się na te sąsiedzkie pola. Przywiązywano je do palików, potem uwiązano im do szyi wielkie i ciężkie drewniane kłody, ale nic nie pomagało. Chwilę po wygonieniu na pastwisko krowy pasły się ku mojemu zadowoleniu spokojnie, po czym jak na komendę podrywały się do biegu i niczym sarny przeskakiwały płoty, a nawet dość szeroki rów z wodą. Ani ja, ani dorośli nie wyobrażali sobie, że wielkie i ciężkie krowy mogą tak wspaniale skakać. Trzeba je było potem wykupywać od poszkodowanych sąsiadów. Na szczęście lato było piękne, więc całe życie odbywało się na podwórku i ciasnota chałupki nikomu nie przeszkadzała. We wrześniu Dorota z Basią powędrowały do nowej, odległej o 3 km szkoły, a ja pojechałam do Polskiej Wsi.

Na jesieni dostałam od Mamy list z wiadomością, że Tata dostał pracę w tuczarni świń w Rudzienicach koło Iławy i tam się cała rodzina w listopadzie przeniosła, tym razem traktorem z dwiema przyczepami - odległość była tylko ze 70 km. Na ferie świąteczne jechałam pierwszy raz w życiu sama i bardzo się bałam, że tej stacji Rudzienice za Iławą w ogóle nie będzie! Jednak była i Tata czekał na peronie.

Mieszkanie w Rudzienicach składało się z dwóch wielkich pokoi w amfiladzie, kuchni i małego pokoju, w którym zamieszkała pani Komornicka. W przejściowym pokoju stanęło sześć białych metalowych łóżek dzieci. W drugim była sypialnia rodziców, a godurowska kanapa z fotelami tworzyły salon. W naszym pokoju mieścił się też wielki rodzinny stół, była więc jadalnia, a za szafą i parawanem łazienka - ława, wielka emaliowa na miednica, wiadro i dwa duże dzbanki, w których grzałką elektryczną grzało się wodę do mycia. Woda zimna w kranie była w kuchni, a wychodek drewniany na dworze. Dwa problemy dokuczały nam najbardziej w tym domu w czasie zimy: jak ogrzać ogromne pokoje, bo piece kaflowe dawały za mało ciepła, i jak utrzymać w czystości nocniki, których zawartość wynosiło się do wychodka - dzieci zimą nie mogły tam przecież chodzić.

Problem ogrzewania Tata rozwiązał za pomocą trociniaka. Była to ustawiona w naszym pokoju blaszana beczka z rurą z buku, odprowadzającą dym do komina. W beczce ubijało się trociny (tanie i łatwo dostępne). Trociny te paliły się powolutku, rozgrzewając beczkę prawie do czerwoności i w domu było ciepło, a jeszcze woda do mycia w dzbankach grzała się na pokrywie. Trzeba tylko było najmłodsze dzieci nauczyć, że to jest gorące, i nie obyło się bez poparzeń - Jola i Jaś mieli po dwa i trzy latka. Z nocnikami przez cały czas naszego pobytu w Rudzienicach Mama wojowała z różnym skutkiem, nie było przecież środków czystości takich jak teraz - tylko jeden "proszek do szorowania", który nie bardzo skutkował.

Latem za to życie umilał nam smród z odległych o 100 m olbrzymich chlewów, oraz towarzyszące tej hodowli muchy w ilościach niezliczonych. W tych warunkach przemieszkaliśmy trzy lata. Ja przyjeżdżałam tylko na ferie i wakacje, ale już wtedy my, starsze dziewczynki, pomagałyśmy w pracach domowych, ile się dało. Nasza Mama pracowała ciężko, Stasia odeszła, bo nie było pieniędzy, przychodziła tylko kobieta do robienia wielkiego prania - wtedy pierwszy raz, może z Wolnej Europy, której słuchaliśmy wieczorami przy zaciągniętych zasłonach i zamkniętych oknach i drzwiach, usłyszeliśmy, że jest taki wynalazek, który się nazywa pralka automatyczna. Wyobraziłam sobie mechaniczną rękę przytwierdzoną do balii, która pierze zamiast praczki!

Mama sprzątała, zajmowała się dziećmi, przynosiła na piechotę z odległej o 9 km Iławy zakupy, a przede wszystkim oporządzała nasze krowy-żywicielki. Żywiło się je resztkami karmy dla świń, które Mama zbierała z podłogi i opróżnionych pojemników w paszarni, gdy pracownicy już sobie poszli, i nosiła do odległej o 200 m obórki. Wyliczyliśmy, że siedemnaście wiader dziennie - paszy i wody trzeba było tym krowom zanieść! Ale bez nich chyba byśmy nie przeżyli, pensja Taty nie wystarczała nawet do połowy miesiąca. To w tym czasie sprzedała Mama resztki ocalonej od bandziorów biżuterii, łącznie z pierścionkiem zaręczynowym, który pewnego dnia zniknął z jej palca.

Zimą do tego dźwigania karmy i wody dla krów dochodziło dźwiganie wiader węgla, którym się paliło w piecach. Węgiel państwowy wieczorami po ciemku wykradała Mama z piwnicy, która mieściła się pod naszym mieszkaniem. Żeby było ciszej, trzeba go było wkładać do wiaderka rękami... Później, w Laskach spowiadała się Mama z tych kradzieży paszy i węgla Księdzu Prymasowi Wyszyńskiemu i dostała rozgrzeszenie, a na dodatek błogosławieństwo dla dzielnej matki.

Ten tryb życia przy niedojadaniu spowodował, że Mama nabawiła się gruźlicy. Zaprosił ją wtedy kuzyn, ks. Tadeusz Fedorowicz na sześć tygodni do Lasek, a kuracja PAS-em zatrzymała chorobę.

Mama wyjechała w sierpniu, a na początku września musiała wyjechać na wypoczynek pani Komornicka - zostałam więc z Tatusiem na gospodarstwie, uzbrojona w zeszyt, w którym było trochę przepisów, jak się robi zupę, a jak bliny z sokiem oraz jak wyrabia się ciasto na pierogi. Musiałam się więc nauczyć gotować, i to od razu na większą liczbę osób,bo przyjechała ciocia Ina z wnukami, a ona też nie umiała gotować! Biedny Tata zjadał i chwalił moje wyczyny kulinarne, choć nie wszystko się udawało. Gotowało się na kuchni węglowej i to było bardzo trudne, bo ogień albo był za ostry i wszystko się przypalało, albo wygasał i nie chciało się gotować. Na obiad były głównie zupy i kartofle w postaci placków gotowanych lub smażonych, pierogi, naleśniki i inne mączne potrawy. Na kolację kartofle ze zsiadłym mlekiem albo dziadowska zupa - kartoflanka z zacierkami. Na śniadanie chleb z białym serem i marmolada. Dziś mówi się, że jemy za dużo mięsa, pewnie tak, ale dla nas wtedy kiełbasa była szczytem marzeń. W niedzielę była kura lub królik z własnej hodowli. I tak jak w filmie Kutza o górnikach na Śląsku, to Ojciec dostawał największy kawałek mięsa, albo w ogóle tylko on, jak było mało.

Rozpoczął się wrzesień, musiałam zostać w domu, dopóki nie wróci pani Komornicka z urlopu. Pamiętam, jak nosiłam te wiadra do krów, a potem wyrzucałam gnój i byłam cała zbuntowana. "To one tam sobie chodzą w Polskiej Wsi parami na przerwie po czyściutkim korytarzu, a potem siedzą sobie w klasach, a ja tu w tym gnoju..." Miałam szesnaście lat - teraz rozumiecie, dlaczego tak dobrze mi było w internacie. Dwunastoletnia Dorota pomagała dzielnie w sprzątaniu i szorowaniu nieszczęsnych nocników i wychodka. Bo, jak o to dbała Mama, w domu musiało być czysto i dzieci co wieczór wyszorowane, a pranie wyprane, poprasowane i pończochy pocerowane. Nie dawaliśmy się sprowadzić do poziomu otaczającego nas brudu i chamstwa.

Wiosną roku 1954 coś jakby zaczęto się wokół i nas zmieniać - to się zaczęło w radiu. Oprócz państwowotwórczych pieśni masowych pojawiały się czasami piosenki trochę w stylu przedwojennym, o życiu, o miłości, o parasolkach... Maria Koterbska, Natasza Zylska i Marta Mirska... to były pierwsze nieśmiałe zwiastuny "odwilży", piosenki, które umiem zaśpiewać do dziś. I wtedy pierwszy raz usłyszeliśmy w radiu "Hej, przeleciał ptaszek" w wykonaniu "Mazowsza". To było coś tak niezwykłego w tamtej rzeczywistości, zupełnie innego niż te zakłamane marsze o szczęśliwości świata w rzeczywistości głodnej i śmierdzącej. Byliśmy wzruszeni słuchając tej piosenki prostej, rzewnej i smutnej - nawet Tata.

Mama wróciła wyleczona z Lasek, ja wróciłam do Polskiej Wsi i z zapałem odrabiałam zaległości szkolne. I wtedy przyszedł list, że Tata miał atak serca i leży w szpitalu w Olsztynie. Można sobie wyobrazić przerażenie Mamy i nas wszystkich. I modlitwy, które szturmowały niebo - modliła się cała rodzina, matki w klasztorze i rozliczni przyjaciele. To chyba było już dno, które rodzina nasza osiągnęła, potem już mogło być tylko lepiej. Tatę jakoś podleczono i po kilku miesiącach wrócił do pracy. A na wiosnę 1955 roku dobry człowiek - czasy też się już zmieniły - nie bał się go zatrudnić w Zespole Hodowli Zarodowej w Suszu, z drugiej niż Rudzienice strony Iławy.

Ciąg dalszy nastąpi.


« Poprzednia strona Początek strony Następna strona »