Herb Związek Rodu Żółtowskich - Kwartalnik
Nr 21, edycja elektroniczna Skierniewice, grudzień 1999
« Poprzednia strona Związek | Kwartalnik | Archiwum Kwartalnika | Biblioteka | Redakcja | Wyszukiwanie | Spis treści numeru Następna strona »

Izabela Broszkowska

Wspomnienia z dzieciństwa i młodości

Ciąg dalszy z poprzedniego numeru.

Nieświastów był folwarkiem należącym do majątku Mańkowskich - Kazimierz Biskupi, przejętym przez Państwowe Nieruchomości Ziemskie, i Tata został jego administratorem. Zamieszkaliśmy w domu administratora, położonym przy wielkim i porządnym podwórzu. Dom chyba obszerny, tylko bardzo brudny i zaniedbany. Mama więc musiała włożyć dużo wysiłku, by go jakoś przystosować do życia, zwłaszcza że po kilku tygodniach od przeprowadzki rodzice urządzili wesele cioci Krysi z wujem Witoldem Sokolnickim. Wesele było jak na tamte czasy huczne, zjechali się goście z obu rodzin. Ślub dawał ojciec Tomasz Rostworowski, cioteczny brat Mamy i panny młodej oraz ojciec Niedźwiadek z pobliskiego klasztoru kamedułów w Bieniszewie. Poszkodowany przez te wszystkie wydarzenia był chyba tylko Marek - Mama nie miała pokarmu ani też wiele czasu, by się nim zajmować. Płakał więc nieustannie - pamiętam, jak woziłam go w wózku w ciemnym pokoju, a on w ogóle nie chciał zasnąć, tylko krzyczał. Wtedy pojawiła się u nas panna Franciszka, do wyłącznej opieki nad Markiem.

Panna Franciszka miała małe czarne oczki, wielki nos i duże obwisłe uszy. Była poprzednio u pani "Hektorowej Kwileckiej w Kwilczu", mały Januszek Kwilecki był w jej oczach wcieleniem wszelkich cnót - nie do doścignięcia przez nas, niegrzeczne dzieci. Nie lubiliśmy jej nigdy. Nie jestem też pewna, czy była dobrą nianią dla Marka.

W tym czasie nastąpiła też inna wielka zmiana w naszej rodzinie. Kucharz Jasiek miał najwyraźniej dość swego statusu i zawodu i postanowił wrócić do Krasnobrodu, gdzie czekało go gospodarstwo, pomnożone przez ziemię z rozparcelowanego majątku. Józia przeniosła się do Sopotu, gdzie zamieszkali Dziadkowie z wujem Jurkiem. Gospodynią, kucharką i aniołem opiekuńczym naszej rodziny została wtedy pani Wacława Komornicka, zwana później przez Mamę pieszczotliwie Komornisią. Wdowa, zamieszkiwała z siostrami w Kazimierzu. Przed rewolucją bolszewicką była krawcową w wielkich dworach na Podolu i Ukrainie. Suknie i bieliznę szyło się wtedy ręcznie! Przeżyła rewolucję i pogromy na Podolu, m.in. w Winnicy i Janowie Podolskim, potem była gospodynią w wielu dworach, a w czasie wojny w Laskach Lubartowskich u brata Misia Żółtowskiego. Znała więc naszą rodzinę. Mąż jej umarł wcześnie na gruźlicę, dzieci nie miała, po jakimś więc czasie "zaadoptowała" nas jako swoją przybraną rodzinę i była dla Mamy ostoją i pomocą w trudach wyżywienia i wychowania gromadki dzieci w ciężkich powojennych i stalinowskich czasach.

Ledwie rodzice trochę osiedli i urządzili się w nowym domu, okazało się, że trzeba zabrać z Zamościa osiemdziesięcioletnią babcię Kunicką, siostrę matki dziadzi Fudakowskiego, która przed wojną była rezydentką w Krasnobrodzie. Teraz mieszkała w jakimś pokoju w Zamościu, bez środków do życia. Rodzice więc bez wielkiego namysłu wzięli ją do siebie. Dom w Nieświastowie był dość duży, miała więc osobny pokój.

Zrobiliśmy też z Tatusiem wyprawę do Gostynia, gdzie mieszkały siostry Taty, Maryś i Róża, które wyciągnęły z Godurowa resztki mebli, nie zrabowane i nie zniszczone przez Niemców. Najcenniejsze rzeczy z Godurowa w 1939 roku zostały wywiezione do Warszawy - były tam bardzo cenne meble, porcelana "Stary Berlin" i Meissen, chińskie wazy, obrazy, portrety z XVII wieku, dywany. Przed wojną właściciele dworów wywozili do Warszawy cenne rzeczy z obawy przed działaniami wojennymi. Nikt nie wyobrażał sobie, że można zbombardować i spalić takie miasto jak Warszawa. Z naszej przesyłki ocalała tylko część mebli, reszta się spaliła. Resztki porcelany wygrzebywały ciotki z gruzów i popiołu w piwnicach Instytutu Głuchoniemych, w 1945 roku. Dlatego też te resztki porcelany, które zostały w rodzinie, są posklejane ze skorupek lub popalone. Ciotki, z tego co zgromadziły w Gostyniu, dały nam trochę mebli, głównie wyprawne meble Mamy. Resztę trzymały w Gostyniu, bo "przecież lada dzień będzie wojna i wrócimy do naszego ukochanego domu w Godurowie!".

Dom, w którym mieszkały ciotki, stał przy szosie. Prze kilka dni naszego pobytu tą szosą ciągnął nie kończący się sznur wozów zaprzężonych w konie, krowy, nawet wielbłądy. Wozy te były wyładowane wszelkim dobrem, przykryte dywanami i jechały na wschód. To zwycięska Armia Radziecka wracała do domu z Berlina - była wiosna 1946 roku.

Tak więc nasza rodzinka: rodzice, czwórka dzieci, babcia Kunicka, pani Komornicka i panna Franciszka, jakoś się urządziła w Nieświastowie. Pensje były chyba wtedy niewielkie, a część płaciło się w naturze. Pamiętam, że były wielkie problemy z wydobyciem należnych jarzyn, z majątkowego ogrodu i pszenicy, żeby mieć mąkę na chleb, który się piekło oczywiście w domu. Od jesieni, zamiast do szkoły, chodziłam na lekcje do odległego o 2 km Kazimierza, do nauczycielki, pani Tylkowskiej. Pani ta miała córeczkę Zosię w moim wieku i razem przerabiałyśmy program II klasy. Wtedy też zaczęłam na dobre czytać książki - pierwsza była powieść dla dziewcząt Buyno-Arctowej Słoneczko, a potem już poszło - połykałam wszystko, co było do czytania, łącznie z kolejowym rozkładem jazdy, bardzo mnie fascynowały długie rzędy nazw stacji! Jako dziecko nie miałam wielkiej fantazji w organizowaniu sobie zabaw i często zanudzałam Mamę pytaniem, "co ja mam robić?" Teraz to się skończyło - Mama z trudem odrywała mnie od książek, bym jej w czymś pomogła, a byłam przecież najstarsza i często do czegoś się przydawałam.

Na Boże Narodzenie przyjechali do nas Dziadziowie i wuj Jurek z Sopotu, przywieźli paczkę z UNRRA. Był to czas, kiedy do Polski przychodziła pomoc amerykańska. na przykład konie do pracy w majątku, ciężkie perszerony, maszyny rolnicze, koce i odzież, ale i paczki żywnościowe. Jedna taka paczka trafiła do nas - czekolada i słone ciasteczka, krakersy, mleko skondensowane i corned-beefy, wojskowe konserwy. Była to jedyna paczka z darami, która dotarła do nas po wojnie.

Wiosną 1947 roku ktoś przywiózł kolorowe angielskie pismo pełne zdjęć ze ślubu księżniczki Elżbiety. Kareta, druhny, mundury i długie suknie - wszystko to było nie z tego świata i strasznie mi się podobało.

Panna Franciszka uczyła mnie wyszywania serwetek. Z początku szło mi to dość opornie, ścieg "za igłą" czy "łańcuszek" myliły mi się i wychodziły nierówno. Ale później się wprawiłam i bardzo lubiłam wszelkie ręczne robótki, a nawet cerowanie pończoch. Nie było wtedy elastycznych rajstop, tylko bawełniane, brązowe pończochy w prążki, w których robiły się ogromne dziury na piętach. Po każdym praniu przed Mamą wyrastała góra takich pończoch do cerowania, a ja jej pomagałam i doszłam nawet do dużej wprawy. Tata mówił, że jestem w tym podobna do Buni, jego matki, która pięknie haftowała ornaty do kościołów.

Od panny Franciszki również usłyszałam po raz pierwszy w życiu o rybie nazywającej się śledź. "U pani Hektorowej Kwileckiej w Kwiliczu, przed wojną" były najlepsze śledzie z cebulką. W tych czasach jedliśmy tylko to, co wyrosło w ogrodzie, albo co wyhodowano w gospodarstwie - śledź był więc synonimem nieosiągalnego luksusu, dostępnego w dawnych, dobrych czasach "przed wojną".

Nie mieliśmy wtedy radia ani oczywiście telewizji. Dzieciom czas płynął bardzo wolno, regulowany świętami i uroczystościami kościelnymi. W adwencie robiliśmy ozdoby choinkowe, a w Wielkim Poście wielkiemu wiosennemu sprzątaniu towarzyszyły umartwienia dla Pana Jezusa - Mama tłumaczyła nam sens Wielkiego Postu i tych drobnych, dziecinnych umartwień.

Trzeba tu wspomnieć, że przez te wszystkie czasy, całe moje dzieciństwo, rodzina, a często i domownicy, gromadziła się wieczorem na wspólny pacierz. Wyrastaliśmy w środowisku głęboko religijnym, ale nie dewocyjnym. Pan Bóg był obecny w każdym dniu naszego życia, a Opatrzność Boża czuwałanad nami nieustannie w tych strasznych czasach; myślę, że dzięki niezłomnej i ufnej wierze naszych Rodziców. Pan Bóg dostał zresztą wczesną wiosną 1947 roku ciężkie zadanie. Nasz Tata został aresztowany przez UB i wywieziony do Poznania na skutek fałszywych oskarżeń i donosów pracowników, którym nie pozwalał kraść. Mama wyjechała po Poznania, żeby go ratować, a do nas przyjechała któraś z sióstr Taty. W wieczornym pacierzu modliliśmy się wszyscy gorąco o powrót Taty! I rzeczywiście, przy splocie jakichś nadzwyczajnych okoliczności i dzięki dobrym ludziom udało się Mamie wyrwać go z więzienia UB, co przy oskarżeniu o sabotaż graniczyło z cudem. W pacierzu były potem wielkie podziękowania.

Ciąg dalszy w następnymnumerze.


« Poprzednia strona Początek strony Następna strona »