|
|
Związek Rodu Żółtowskich - Kwartalnik | |
| Nr 18, edycja elektroniczna | Skierniewice, grudzień 1998 | |
| « Poprzednia strona | Związek | Kwartalnik | Archiwum Kwartalnika | Biblioteka | Redakcja | Wyszukiwanie | Spis treści numeru | Następna strona » |
Rano, bardzo rano, bo o godz. 5 podjechały autokary turystycznej firmy "Wigry" z Suwałk. Zaparkowały oba wozy u wejścia do klasztoru i oczekiwały na Żółtowskich, by zawieźć nas do Wilna. Zarząd wynajął przewodnika i transport, by tradycyjną wycieczką było tym razem Wilno. Młodzież do osiemnastego roku życia jechała za darmo; związek z własnych funduszy opłacał im tę atrakcję.
Pogoda piękna, lekkie mgły oplatały suwalskie pagórki, laski, małe i większe jeziorka. Uroczo, bo i urokliwa kraina gościła Żółtowskich na kolejnym VII Zjeździe.
Krótka droga do granicy i kontrola celna. Gładko przeszła, z uśmiechem celnika na twarzy. Dała nam wjazd do krainy, gdzie odbył się Mickiewiczowski ostatni zajazd, gdzie więcej niż połowa historii to historia Polski i historia jej wielkich mężów i sławnych ludzi. I te potrzeby poznania i przypomnienia zawiodły nas na drogi do Wilna, do Ostrej Bramy, do Uniwersytetu, cmentarza na Rossie i w końcu do Trok. Dlatego też prosiłem maluchów, by każdy umiał choć inwokację do Pana Tadeusza, bo po tej wycieczce, jak dorośnie, to dużo zrozumie, a może nawet i powróci tam, gdzie młode kroki stawiał.
Jak to na każdej wycieczce bywa, potrzebne są finanse, więc za namową przewodnika, pierwszym etapem była wymiana w przydworcowym kantorze złotych, dolarów i innej zachodniej waluty na litewskie lity.
Przed wjazdem do miasta byt krótki wypoczynek nad przepięknymlitewskim jeziorem, toteż wypoczęci i zasobni w lity, od razu wchodzimy bez zmęczenia na najwyższe z siedmiu wzgórz Wilna, na Górę Trzech Krzyży. Góra i trzy krzyże, potężne krzyże, a niżej o dwadzieścia metrów, podobne krzyże, ale po wysadzeniu w powietrze przez sowieckie władze. Nowe krzyże postawił wolny naród litewski, stare są świadkiem ucisku i nietolerancji. Wszystkie wycieczki są tu przywożone, bo jest to też miejsce, z którego rozciąga się przepiękny widok na całe Wilno.
Zjeżdżamy ze wzgórza i podjeżdżamy pod kościół Piotra i Pawła. Arcydzieło architektury sakralnej z przepięknym żyrandolem w kształcie łodzi wikinga. Wojciech Profesor upatruje w tym dziele pracę swego przodka. Dalej droga, wiedzie do jedynego znanego nam kościoła pod otwartym niebem. To kościół w Ostrej Bramie. To ta Matka, o której w Inwokacji pisał nasz wieszcz. Dalej króluje w tym samym miejscu. Wchodzimy do Niej, każdy modli się osobno, każdy jest z Nią sam. W końcu odmawiamy wspólny pacierz, który zaintonował Wacław z Łodzi.
Z Kaplicą Ostrobramską łączy się kościół św. Teresy, który także zwiedzamy, dalej zaś cerkiew prawosławna zbudowana w stylu typowego gotyku wileńskiego, bez cebulastych kopuł, znakomicie odrestaurowana, ciesząca oczy wielokolorowym wnętrzem i przyjaznym zachowaniem duchownych. Ciekawostką jest kopia obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej, którą prawosławni czczą jak i katolicy.
Zwiedzamy Stare Miasto, jego wąskie uliczki i inne kościoły spośród trzydziestu czterech, jakie są w Wilnie. Z tego tylko siedemnaście funkcjonuje, inne są jeszcze w remoncie, gdyż były kiedyś magazynami zboża lub cementu.
Trochę pada, ale to nieważne. Widzimy dom Mickiewicza i jego muzeum. Obok, 200 m dalej, stoi jego pomnik. Udajemy się na dziedzińce Uniwersytetu, wstępujemy na krótko do kościoła akademickiego, oglądamy, choć tylko z zewnątrz, Pałac Prezydenta Litwy. W końcu trafiamy na plac z pomnikiem Giedymina - założyciela państwa litewskiego. Obok znajduje się katedra wileńska.
Specjalną atrakcją jest wjazd na wieżę telewizyjna, gdzie na wysokości 160 m znajduje się obrotowa kawiarnia, z której widać wspaniale pełną panoramę miasta. Kawiarnia raczej obskurna, jak na dzisiejsze normy europejskie, ale widok wspaniały.
Późno, ale w końcu trafiamy do zamku w Trokach. Obsługa wpuściła nas mimo pewnego niezadowolenia, gdyż przedłużaliśmy ich czas pracy.
Zamek wspaniale odrestaurowany, z bogatą kolekcją wystawienniczą. Zwiedzamy go w pośpiechu, bo czas wracać do kraju.
U brzegu jeziora, gdyż zamek leży na wyspie, znajduje się centrum turystyczno-handlowe i tam dokonujemy ostatnich zakupów. Są bursztyny, obrazy olejne, srebro i porcelana. Każdy coś tam sobie wybrał i marsz na granicę.
Wróciliśmy późno, zmęczeni, ale i zadowoleni. Każdy z nas przeżył tę wycieczkę osobiście. Nie będę się więc silił na własną ocenę. Myślę tylko, że była ciekawa i inna niż dotychczasowe. Myślę, że była okazją dla wielu osób, które indywidualnie nie znalazłyby czasu, aby tam pojechać.