|
|
Związek Rodu Żółtowskich - Kwartalnik | |
| Nr 18, edycja elektroniczna | Skierniewice, grudzień 1998 | |
| « Poprzednia strona | Związek | Kwartalnik | Archiwum Kwartalnika | Biblioteka | Redakcja | Wyszukiwanie | Spis treści numeru | Następna strona » |
|
Moje wspomnienia teatralne pisałem po trzydziestu latach pracy w teatrze. Tak się złożyło, że tylko dwa razy grałam w Poznaniu w Teatrze Polskim, Gruszczyńską w przedstawieniu pt. Beniowski Słowackiego. Mimo że urodziłam się w Kadzewie k. Śremu, moje życie teatralne związane było raczej z Polskę południową, z Katowicami, Krakowem, Tarnowem i miastami w woj. przemyskim, rzeszowskim i lubelskim.
Teatr w moim życiu zaczął się już w latach, kiedy byłam jeszcze dzieckiem. Różne przedstawienia były przygotowywane na uroczystości rodzinne (imieniny czy urodziny). Naturalnie, były to inscenizowane bajki lub monologi.
Całą okupację spędziłam w Pławowicach k. Krakowa u moich wujostwa Ludwikostwa Morstinów. Dom był pełen osób z rodziny i wysiedleńców, wśród gości było też dwóch poetów. Ukrywał się tu również Arnold Szyfman, który zajął się reżyserowaniem fragmentów z różnych sztuk teatralnych. Przedstawienia odbywały się w pracowni wuja na tle kominka i dwóch stylowych komód. Dla podkreślenia nastroju często graliśmy przy zapalonych świecach. W Wyjątku Ludwika Hieronima Morrstina grałam rolę Cyrusa, Biskupa w Bolesławie Śmiałym Wyspiańskiego, Melanto w Penelopie Morstina. Fragmenty z Balladyny Słowackiego grane były w ogrodzie: jako Gopłana wychodziłam zza drzewa, Grabiec zaś (moja siostra) - gdy został zamieniony w wierzbę, schował się do wykopanego dołka i pociągnął za sznurek, żeby stanęła wierzba. Ponieważ były to imieniny pani domu, więc na zakończenie wierzba wróciła do dołka, a Grabiec wyszedł cały i zdrowy.
Oprócz grania wyjątków ze sztuk organizowaliśmy także wieczory poetyckie. Jeden złożony z wierszy Morstina, Staffa i Tuwima, drugi poświęcony poezji Micińskiego. Był również wieczór poświęcony trzem rocznicom. Na początku prelekcja Krystyny Grzybowskiej pt. Trzy rocznice, potem wiersz napisany specjlnie na otwarcie nowego gmachu teatru krakowskiego, wyrecytowany przez moją siostrę Anusię. Na koniec Penelopa Morstina. Grałam pasierbicę Penelopy - Melanto.
Następne moje wspomnienia teatralne łączą się z teatrem Iwo Galla. Najpierw chodziłam do studia dramatycznego Iwo Galla w Krakowie, a potem całym zespołem pojechałam do Gdyni do Teatru Wybrzeże. To była naprawdę wielka rodzina, która się bardzo lubiła. Wszyscy sobie pomagali i cieszyli się wzajemnie z sukcesów. Sam dyrektor Iwo Gall był nie tylko dyrektorem, ale reżyserem i opiekunem całego zespołu. Utkwiły mi w pamięci reżyserowane przez niego przedstawienia, szczególnie sztuka W małym domku Rittnera. W trzecim akcie Sędzia w rozmowie z Doktorem, który zabił swoją żonę, po prostu oświadcza, że każdy człowiek jest swym własnym sędzią. Nie zapomnę też przedstawienia Homer i Orchidea w teatrze w Gdyni.
Po paru miesiącach spędzonych w Gdyni wuj Ludwik Morstin sprowadził mnie do Katowic, gdzie został kierownikiem literackim w teatrze Bronislawa Dąbrowskiego. Pamiętam wiele przedstawień, ale najbardziej utkwiły mi w pamięci Dwa Teatry Szaniawskiego w reżyserii Edmunda Wiercińskiego. Ogromne wrażenie wywarta na mnie scena z małymi żołnierzykami. W ostatnim akcie ukazywały się jak we śnie sylwetki małych żołnierzyków, w papierowych hełmach na głowach, z drewnianymi szabelkami w rękach, poruszały się jak w malignie w takt melodii piosenki powstańczej.
Nie pamiętam dokładnie, ale tych małych postaci było chyba więcej niż dwadzieścia. W czasie spektaklu siedziałam obok Szaniawskiego. Był w ogóle małomówny. Mówił tylko: "tak..., no tak... tak". Różna interpretacja tego jednego słowa była bardzo zrozumiała i jednoznaczna.
Drugi spektakl, którego nie zapomnę, to Mąż i żona Fredry w reżyserii Władysława Krzemińskiego. Było to przedstawienie na małej scenie. W roli Żony Zofia Niwińska, a w roli Justysi Olga Bielska. Tak dobrej inscenizacji Męża i żony nie widziałam w żadnym teatrze.
Następnie moje losy teatralne przeniosły się do Krakowa, gdzie ukończyłam Państwową Szkołę Dramatyczną im. Ludwika Solskiego. Po ukończeniu szkoły w 1949 r. pierwszą pracę zaczęłam w Teatrze Rapsodycznym pod dyrekcją Mieczysława Kotlarczyka. Był to teatr poetycki, który tworzyli prawdziwi miłośnicy sceny. Słowem i gestem przekazywali myśli i uczucia. Duszą teatru byli Mieczysław Kotlarczyk i Danuta Michałowska.
Specjalnie utkwiły mi w pamięci dwa przedstawienia Pana Tadeusza. Jedno grane dla głuchoniemych, a drugie dla niewidomych. Dla jednych jedynym środkiem porozumienia był gest, a dla drugich słowo. Trudno mi opisywać wszystkie, ale jestem pewna, że Eugeniusz Oniegin, Beniowski i Pan Tadeusz z niezapomnianą Danutą Michałowską pozostaną w pamięci.
Po rozwiązaniu Teatru Rapsodycznego pracowałam krótki czas w Teatrze Słowackiego pod dyrekcją Bronisława Dąbrowskiego. Tutaj też były niezapomniane inscenizacje z Ludwikiem Solskim, Aleksandrem Zelwerowiczem, Janem Kurakowiczem, Antonim Fertnerem i Zofią Rysiówną.
Nie zapomnę pięknego ukłonu Zofii Jaroszewskiej na zakończenie Obrony Ksantypy ze słowami: "jestem twoja, Sokratesie", sceny z naszyjnikiem w Niemcach Kruczkowskiego z Zofią Jaroszewską, a także pięknego przedstawienia Syna marnotrawnego Romana Brandstaettera w kilkunastu odsłonach życie Rembrandta... Każda odsłona kończyła się obrazem wielkiego malarza. Przedstawienie reżyserowane przez Janusza Warneckiego i w scenografii Karola Frycza przeszło do historii teatru.
Ostatnim teatrem, gdzie pracowałam do emerytury, był Teatr im. Solskiego w Tarnowie. Tam też było wiele przedstawień, których się nie zapomni, na przykład Cyd wystawiony w bialo-czarnych kolorach. Grałam rolę Szimeny. W tej roli widziałam Ninę Andrycz w Teatrze Polskim w Warszawie.
Trudno mi teraz pisać, którą rolę najbardziej lubiłam. Może łatwiej byłoby się zastanowić, nad którą najbardziej się napracowałam. Na pewno role poważne i dramatyczne było mi łatwiej sobie przyswoić. Dużo pracowałam z Tadeuszem Łomnickim, który nauczył mnie, żebym w każdej roli znalazła coś osobistego, żeby ta rola była prawdziwa i naprawdę przeżyta. Wtedy nie będzie tylko wyrecytowana.
W 1980 r. przeszłam na emeryturę. Jeszcze jako emerytka grałam w Czarownicach z Salem i w Trojankach. Teraz z przyjemnością oglądam spektakle teatralne i spotykam się z dawnymi kolegami i koleżankami. Wspominamy minione czasy, jak to kiedyś wyglądała praca w teatrze, który jest tak ważny dla każdego i potrzebny dla rozrywki i do zastanowienia się nad poważnymi problemami życiowymi, a ich w tej chwili nam nie brakuje.