|
|
Związek Rodu Żółtowskich - Kwartalnik | |
| Nr 18, edycja elektroniczna | Skierniewice, grudzień 1998 | |
| « Poprzednia strona | Związek | Kwartalnik | Archiwum Kwartalnika | Biblioteka | Redakcja | Wyszukiwanie | Spis treści numeru | Następna strona » |
Nikt nie jest w stanie opisać swej Matki! I Matka jest Matką, nieśmiało więc kreślę tylko sylwetkę dla wnuków, którzy jej już wcale nie znali.
Przede wszystkim Mama1 była bardzo ładna. Prześliczne miała oczy - granatowoszafirowe, poważne i najsłodsze w uśmiechu. Brwi i bardzo długie rzęsy - czarne, a włosy jako panienka złotoblond, falujące, potem ściemniały, a po stracie Stefka2 - srebrne, świecące. Płeć miała prześliczną, białoróżową, prawie do końca życia, a miała lat osiemdziesiąt cztery umierając. Wzrostu była powyżej średniego - z córek tylko Rózia ją przerosła.
Wielkiej dobroci i delikatności uczuć, bardzo inteligentna i wykształcona przez swych wyjątkowych rodziców. Posiadała duży talent do muzyki, brała lekcje w Konserwatorium w Wiedniu, gdzie spędziła z babunią całą zimę, i grała ślicznie na fortepianie aż do 1914 r. Mówiła dobrze po angielsku i francusku, z konieczności po niemiecku. Znała się na gospodarstwie domowym i wybornie na kuchni, toteż wyjątkowo dobrze prowadziła tak bardzo obszerny dwór w Godurowie. Dobraną, zacną służbę traktowała serdecznie i mądrze, szanowała ludzi, doceniała pracę, czas i trud każdego.
Dzieci wychowywała w posłuszeństwie, pracowitości, porządku i ładzie, w uprzejmości dla wszystkich. Dbała razem z Tatką o najlepsze nasze wykształcenie, nauki stawiając jako obowiązek. Panienki nie uczyły się wtedy w gimnazjum ani na uniwersytetach (jak po wojnie). Sprowadzali więc nam rodzice nauczycielki, pierwszorzędne Polki, do domu - dwukrotnie od niepokalanek.A poza tym co roku albo Francuzki, albo Angielki, zależnie od potrzeby. Wymagała Mama szacunku dla nich, jak i w ogóle dla starszych osób.
Mama świetnie leczyła chorych, którzy zewsząd przychodzili, zakładała opatrunki - zanim nie założono szpitala w Marysinie. Swoje dzieci zawczasu woziła do lekarzy w Poznaniu i Wrocławiu. W późniejszych latach, gdy była zmuszona siedzieć z powodu bolących nóg (z których jedną złamała, drugą zwichnęła), bardzo dużo szyła dla biednych i dla Czerwonego Krzyża. Haftowała, kroiła i szyła całe ornaty dla kościołów.
Po cichutku dopomogła swoim kosztem trzem synom gospodarskim i wychowała ich na księży. Jeden z nich, ks. Rembowski z Grodnicy odwiedzał nas w Gostyniu - jest proboszczem na Śląsku.
Będąc szalenie dystyngowaną nie cierpiała złych manier i złego wychowania - prawdziwie to była "Wielka Pani". Bardzo lubiana w towarzystwie, była jednak od urodzenia nieśmiała wśród obcych. W Rodzinie przepadano za Mamą. Będąc wesołego usposobienia bardzo lubiła się pośmiać, przyjmować gości w domu na wsi. Oboje rodzice gościnność uważali za cnotę i przyjmowali wszystkich bez różnicy stanu. Mama po babci z Ruska i prababce Giżyckiej odziedziczyła zmysł organizacyjny, który ujawnił się przy urządzaniu uroczystości rodzinnych.
Lubiła ogromnie podróżować, zwłaszcza samochodem. Znała dobrze Paryż, była w Biarritz i Lourdes, w Wenecji i Padwie, w Mediolanie i Lugano, w Szwajcarii i Tyrolu. Znała też bardzo dobrze Wiedeń, Drezno, Pragę, Monachium, Kolonię, a poza tym Królestwo i Litwę, Wołyń, Podole i Odessę. Znalł się dobrze na architekturze, stylach, sztuce różnych epok, również na antykach, meblach i świetnie na koronkach.
Na wskroś religijna, uczyła nas katechizmu i duchowo przygotowywała do świętych sakramentów - poza naukami księdza. Później woziła na rekolekcje co roku do Poznania, gdy byłyśmy "dziećmi Marii", a bracia sodalisami, czego Tatka pilnował. Dbała o pierwsze piątki - wspólnie przyjmowaliśmy Komunię Świętą przed wielkim ołtarzem - zwłaszcza pamiętam to z czasów księdza proboszcza Wlazły. Na Boże Ciało zawsze Tatka prowadził księdza na procesji, a później zastępowali go bracia. U Jasia3 zawsze był trzeci ołtarz w bramie ogrodu. Noszono cały tydzień nasz odwieczny feretron4 godurowski, a Mama ubierała do niego cztery najlepsze dziewczęta i piątą "kompletnie" do chorągiewki. Na 2 lipca musiały one też pielgrzymować z feretronem na odpust coroczny do Borku, w czym im asystował i prowadził stary, przepoczciwy stróż Gaszek, intonując pieśni, jako "zaśpiewajło". Był on niesłychanie typowy i wierny, starej daty - kontynuował tradycję godurowską - chodząc i śpiewając Kto się w opiekę co noc koło domu dziedzińca i podwórza.
Gwiazdkę dla służby kupowała Mama w Gostyniu u pp. Wojewódzkich. Dostawali suto i obficie: pościele, garderobę, buty, bieliznę, torby z piernikami, jabłka i orzechy. Na sali jadalnej było drzewko, a rodzice łamali się z nimi opłatkiem. Na Trzech Króli służba dostawała pyszne pączki z gorącą lemoniadą, a mężczyźni z arakiem.
Na Wielkanoc mieli swoje święcone - placek, babka, jaja, kiełbasy i rozmaite mięsiwa.
Nikt nigdy nie był głodny. Panny i chłopaki ze służby mieli przyzwoite łóżka i umywalnie oraz co miesiąc dostawali czystą pościel. Co niedzielę furmanka do kościoła. Bryczką jechał ekonom z żona i dziećmi, drugą służba - co drugą niedzielę na zmianę.
Ogród był świetnie prowadzony przez pięćdziesiąt lat przez Ciszaka. Wiele było wszelkich doborowych owoców przez cały rok, jak i warzywa na całą zimę, od jesieni do wiosny.
Mama bardzo lubiła kwiaty, toteż rok okrągły ich nie brakło. Bukietów moc - zimą holenderskie cebulki - olbrzymie clivie w salonie, stół jadalny w niedzielę ustrojony, w klamrze paten z agawami, klomby na tarasie z łososiowymi pelargoniami, a na brzegach wielkiego trawnika pachnące róże, pozostające aż do zimy. Na froncie znane i lubiane przez wszystkich wspaniałe krzaki różowych piwonii, charakterystycznie związane z klasycznym barokiem pięknego dworu!
Pierwsza wielka wojna, śmierć ukochanego Stefka przygasiły żywotność i radość życia Mamy. Druga wojna, niewola niemiecka złamały ją ostatecznie.
Wyrzucenie z domu do oficyny5, pożegnanie z ukochanym Godurowem, obawa o życie synów, bardzo przykry pobyt w Strzelcach, a w Lipiu jeszcze gorsze niewygody, w tym wieku, zgon Jędrka w Oświęcimiu6 - wszystko to odebrało jej siły.
Nadto poniewierka w chłopskiej chałupie w Małych Strzelcach, szron na ścianach, a latem wilgoć, brak wszelkiej cywilizacji, braki w żywności - to wszystko w wieku osiemdziesięciu czterech lat podkopało jej zdrowie.
Dnia 6 marca w nocy 1943 r. zamknęła Mamcia swe śliczne oczy na wieki wieków. Jedyne obecne siostry Marysia i Rólka (bo nas nie chciano puścić z Warszawy7) pochowały z księdzem proboszczem Siczyńskim Mamcię najdroższą w Strzelcach obok Tatki.
Fragment wspomnień Żółtowskich z Godurowa "Godurowskie przeminęło z wiatrem" przygotowany został przez siostrzenicę Elżbiety, Izabelę z Żółtowskich Broszkowską
1 Ludwika z Czarneckich Marcelowa Żółtowska. Miała dziesięcioro dzieci: Andrzeja, Marię, Stefana, Elżbietę, Różę, Franciszka, Ludwika, Jana, Antoninę (Inę Lipską), Benedykta.
2 Syn Ludwiki i Marcelego, zginął jako żołnierz wojska pruskiego pod Verdun (11 XII 1916). Tragedię rodziny pogłębiał fakt, że ukochany syn zginął jako żołnierz wojska zaborczego.
3 Syn, właściciel majątku Strzelce Wielkie.
4 Feretron - przenośny ołtarzyk, statua lub obraz noszony na drążkach w czasie procesji.
5 Nastąpiło to we wrześniu 1939 r.
6 Syn Andrzej, ojciec Andrzeja Ludwika, został zamordowany we wrześniu 1941 r. Syn Franciszek zginął w Powstaniu Warszawskim 15 września 1944 r.
7 Córki Maria i Róża. W Warszawie wówczas mieszkały dzieci - Franciszek, Elżbieta, autorka wspomnienia, Benedykt, ojciec Izy Broszkowskiej (B. Z.).