|
|
Związek Rodu Żółtowskich - Kwartalnik | |
| Nr 18, edycja elektroniczna | Skierniewice, grudzień 1998 | |
| « Poprzednia strona | Związek | Kwartalnik | Archiwum Kwartalnika | Biblioteka | Redakcja | Wyszukiwanie | Spis treści numeru | Następna strona » |
To nie była miłość od pierwszego wejrzenia. Cieszyłam się na tę litewską wyprawę, a tymczasem oblicze Wilna oglądane z autokaru, który zatrzymał się niedaleko kantoru wymiany walut, zrobiło na mnie bardzo złe wrażenie. Szeroka, zaniedbana ulica, wzdłuż niej poszarzały mur. Zastanawiałam się, czy miasto, które chcę zobaczyć, w ogóle istnieje? Istniało, ale nie uprzedzajmy faktów.
W kantorze pierwsze miłe zaskoczenie: złote wymienia się na lity bez najmniejszego problemu. Wietrzę podstęp. Gdzie jest haczyk? Mniejsza o to. Kieszeń pełna, więc jakoś to będzie. Teraz proszę o Wilno.
Pokazało się, i to w całej krasie. Zobaczyłam je spod osadzonych na łukowatym murze trzech białych krzyży umieszczonych na górze, która od nich wzięła nazwę. Oglądamy panoramę miasta. Czerwone dachy, sylwetki niezliczonych1 kościołów, ciemna niepokojąca bryła opery. Wcześniej strome podejście zboczem góry zamienionym w półdziki park; z powrotem idzie się, rzecz jasna, znacznie przyjemniej. Zapamiętam widziane z oddali czerwone dachówki kontrastujące z bujną zielenią GóryTrzykrzyskiej.
Kościół Piotra i Pawła. Przed bramą "dyżurni" żebracy. Świadczą mi dobro, bo mogę szybko i bez wysiłku spełnić dobry uczynek. Kilka centasów to jakby przepustka do jasnej barokowej świątyni. W środku biało. Dużo światła, które łagodnie modeluje niezliczone płaskorzeźby. W tym kościele trudno czuć się samotnym. Postaci o kształtach ludzkich, albo zbliżonych, naliczono dwa tysiące. Figury i ornamenty wykonali świetni włoscy sztukatorzy. Bieltworzywa modelowana światłem i cieniem sprawia wrażenie niemal barwnej. Pasy sztukaterii przypominają gobeliny z wypukłym haftem. Oto popiersie młodzieńca podtrzymującego łuk, który przechodzi w fałdzistą draperię. Mam wrażenie, że jeszcze chwila i tkanina zacznie falować. Pod kopułą żegluje statek-żyrandol z kryształu i złota: z przodu głowa smoka, z tyłu kotwica. Ambona ma kształt Piotrowej łodzi. Nad wejściem piętrzą się białe organy pobłyskujące tu i ówdzie odrobiną złota. Na prawo od drzwi stoją dwa wielkie miedziane kotły poczerniałe ze starości. Wspinam się na palce i już wiem: to bębny. W przewodniku czytam, że zostały jakoby zdobyte pod Chocimiem przez Michała Paca, fundatora kościoła. Pada na nie słoneczny blask z umieszczonego dość wysoko okienka. Co za pech! Zdjęcia nie będzie. Wychodzimy na zewnątrz, a tam feeria barw! Słoneczny dzień szybko uzupełnia niedobór kolorów w organizmie. Spacerujemy z Iretką Byszewską wokół otoczonego murem kościoła. W rogach cztery baszty jak w obronnym zamku; tu pełnią funkcję kapliczek. Zapamiętam łagodne światło na cyzelowanych płaskorzeźbach, kryształowy żaglowiec sunący nad moją głową oraz jasną fasadę na tle błękitnego nieba.
Pogoda wciąż dopisuje. Jedziemy na Rossę, by odwiedzić
cmentarz. Przed bramą groby wojskowych oraz matki Marszałka. Wzruszająca
inskrypcja: MATKA I SERCE SYNA. Właściwa nekropolia leży na pagórkowatym
terenie. Wspinamy się wąską ścieżką między stłoczonymi pomnikami. W masie
postarzałych nagrobków uwagę przyciąga odnowiony grobowiec. Napis głosi:
Architektas Skulptoriua
ANTANAS VIVULSKIS
1877-1919
Spoczywa to Antoni Wiwulski, autor pomnika z Góry Trzykrzyskiej. Podobno
nie znał ani słowa po litewsku!
Nasza grupa rozpada się na mniejsze gromadki. Każda szuka własnej ścieżki wśród mocno zaniedbanych grobów. Urok zieleni sprawia, że widok zniszczeń dokonanych przez czas i ludzką niedbałość przygnębia mniej, niż można by tego oczekiwać. Zwycięża ciekawość. Z grupą Żółtowskich juniorów wędruję odczytując napisy i przyglądając się figurom. Kilkanaście metrów przed nami mężczyzna z kamerą. Znajoma sylwetka. To na pewno Marek z Poznania. Zachwycamy się pomnikiem nagrobnym Izy Salmonowiczówny (1877-1901). Odlany z brązu smukły anioł w cienkiej, fałdzistej szacie kruszy ziemskie okowy; płaszcz muska cokół z ciemnego granitu, stopy unoszą się w powietrzu. Seledynowa od patyny figura majaczy widmowo na tle liści... ciekawe, kim była Iza Salmonowicz, zmarła w wieku dwudziestu czterech lat.
Mężczyzna z kamerą filmuje nagrobki. Cały Marek - skrupulatny dokumentalista. Śmiało zwiedzamy dalej. Inskrypcja na grobie Joachima Lelewela uderza prostotą: jedno słowo - nazwisko niestrudzonego patrioty. I dość. Zbliżamy się do mężczyzny z kamerą. Odwraca głowę. To nie Marek! Wokół nas nikogo z wycieczki. Oczyma wyobraźni ujrzeliśmy zniecierpliwionych Żółtowskich. Jak długo czekają na nas w autokarze? Wracamy z pokornymi minami, grzecznie tłumaczymy spóźnienie pomyłką i niefortunnym zbiegiem okoliczności, ale nikt z nas chyba nie żałuje przydługiej wędrówki po wileńskiej nekropolii. Zapamiętam smukłego jak trzcina i lekkiego niczym piórko anioła z brązu, kamienie nagrobkówstarzejące się bez ludzkiej opieki, przycupnięte bezradnie na zielonych pagórkach.
Jedziemy na wileńską starówkę. Gdy stajemy przed Ostrą Bramą, nagle zaczyna się ulewa. Uciekamy na pierwsze piętro do Matki Boskiej. Na drewnianych schodach mijamy zatopionych w modlitwie pielgrzymów, którzy w ciszy suną na kolanach. Stajemy twarzą w twarz z Madonną wspartą na srebrnym półksiężycu. Starsza kobieta w ochronnym kwiecistym fartuchu z zapałem pucuje świeczniki i ramę obrazu. Ma być czysto. Ad maiorem Dei gloriam.2
Gdy się przejaśniło, nie bacząc na mżawkę zwiedzamy, dalej: kościół św. Kazimierza z efektowną fasadą, barokowy kościół św. Ducha, gdzie nabożeństwa odprawia się tylko po polsku. Mijamy także markowe sklepy: Armani, Versace. Parkują tam drogie auta.
Z nieba wciąż kapie. Mokro, zimno, głodno... Iretka, Żółtowscy ze Skierniewic i ja buntujemy się przeciwko "wodoodpornemu" przewodnikowi i znikamy dyskretnie w drzwiach przyzwoicie wyglądającej restauracji. Grupka naszych już tam jest. Do zbiórki przy autokarze mamy sporo czasu. Wysychamy w cieple wyłożonej ciemnym drewnem sali. Pożeramy do ostatniej okruszyny wspaniały chleb z kminkiem, podany do posiłku. Obiad był znakomity. Potem tłumaczymy we wszystkich językach świata (i na migi), że chcemy zapłacić osobno, nie razem. Łamiemy stanowczy zakaz Rafała i odzywamy się także po rosyjsku. Po kwadransie ożywionej, choć monotonnej konwersacji porozumienie zostaje osiągnięte, a nasze lity (separately, pas, wmiestie) trafiają do kieszeni pary uśmiechniętych kelnerów.
Do autokaru docieramy punktualnie. Ruszamy pod wieżę telewizyjną, gdzie nie tak dawno Litwini walczyli o wolność. Skromne, drewniane krzyże z fotografiami ofiar dogorywającego wówczas reżimu. Poważne, myślące oczy, skupione twarze. Sami młodzi ludzie. Wśród zabitych jedna dziewczyna. Obok jej fotografii napis po rosyjsku: "Wybacz nam... " i tu orginalne imię, którego nie zapamiętałam.
Przejaśnia się znowu. Widać słońce. Większość Żółtowskich jedzie windą na szczyt wieży. Natalia, Stefania i ja zostajemy. Siadamy na murku ograniczającym trawnik, wystawiamy twarze do słońca, trochę rozmawiamy. Cieszymy się życiem. Tu odczuwa się je trochę inaczej. Wciąż mamy przed oczyma krzyże u stóp wysokiej budowli.
Z Wilna mkniemy do Troków. Pogoda piękna! Ceglasty zamek Barbary Radziwiłłówny odbija się w szaroniebieskiej tafli jeziora. Wokół mnóstwo drzew. Długi, drewniany most prowadzi do solidnej bramy. Zamek z kamienia i cegły sprawia wrażenie bajkowego. Kameralny nastrój; okrągłe baszty, niskie drzwiczki, wokół dziedzińca drewniane galerie pod okapem z dachówek, krótko mówiąc idealna sceneria dla tajemniczych opowieści o duchach i zaginionychskarbach. W salach z surowej cegły czeka nas kolejna niespodzianka - wspaniała kolekcja dawnego rękodzieła. Oczy świecą się Żółtowskim na widok misternych tabakierek, fajek, wachlarzy, torebek, zastawy stołowej, map, pieczęci, starych fotografii, etc. Ola ze Skierniewic i ja najpierw wzdychamy z zachwytu, a potem zaczynamy wskazywać przedmioty, które chciałybyśmy mieć. Gdyby się udało, powstałaby spora kolekcja.
Nadchodzi pora zamknięcia podwoi zamku. Snujemy się po nim jeszcze przez kilka chwil, łagodnie ponaglani przez panie z obsługi. Pora wracać. Na moście odwracamy się raz po raz, by popatrzeć na czerwone dachy zamku górujące nad kępami drzew. Jeszcze zakupy na straganach na brzegu jeziora.
To ostatni punkt wyprawy; stajemy się rozrzutni. Paniom Żółtowskim przypada do gustu brązowa litewska ceramika, a także prosta biżuteria. Kupuję surowe bursztyny. Wybrane na chybił trafił nieregularne bryłki ktoś nawlókł w pośpiechu na żyłkę. Dostaję jednego centasa reszty. Chowam go do portmonetki. Niech tam zostanie; mała srebrzysta Pogoń wśród koronowanych orzełków.
1 Niezliczonych? Miasto Mickiewicza zachęca do poetyckiej przesady. 72 kościoły. Więcej niż w Krakowie. Podobno taka jest prawda.
2 Ad maiorem Dei gloriam - (łac.) Na większą chwałę Boga.
| « Poprzednia strona | Początek strony | Następna strona » |