|
|
Związek Rodu Żółtowskich - Kwartalnik | |
| Nr 11-12, edycja elektroniczna | Skierniewice, styczeń-czerwiec 1996 | |
| « Poprzednia strona | Związek | Kwartalnik | Archiwum Kwartalnika | Biblioteka | Redakcja | Wyszukiwanie | Spis treści numeru | Następna strona » |
Janina Żółtowska Morstinowa urodziła się 6 czerwca 1985 r. w Kadzewie, zmarła w Warszawie w 1965 r. Miała dwóch braci: Stanisława, który w tej chwili przekroczył 101 lat1 i jest seniorem rodu Żółtowskich; Marcelego, który zginął w Katyniu oraz dwie siostry: Cecylię i Gabńelę, zakonnicę s. Monikę, u Sióstr Urszulanek Szarych, w klasztorze w Grenoble.
W 1908 r. rodzice odwieźli najstarszą trójkę do Belgii. Stanisława umieścili u Benedyktynów w Maredsous, dziesięcioletnia Cecylia została przyjęta do vol Notre Dame, a trzynastoletnia Nina do Couventdes Dames Anglaises w Bruges. Pracowano tam głównie nad wychowaniem i wyrobieniem charakteru.
Z wujostwem byłam związana uczuciowo. Całą okupację spędziłam u nich w Pławowicach razem z moimi rodzicami i moją siostrą Anusią. Potem byłam pod ich opieką w czasie studiów w szkole dramatycznej. Dzięki wujowi i Szyfmanowi, który ukrywał się przed Niemcami w Pławowicach, zaczęłam moją pracę aktorską. Naturalnie reżyserem był wuj albo Szyfman. Bardzo interesujące były te przedstawienia. Z powodu małej liczby osób nieraz trzeba było przebierać się i grać dwie albo trzy role. Były to fragmenty z wielu sztuk nie tylko wuja, ale także z literatury polskiej i obcej. Już przed wojną wuj wystawił Antygonę Sofoklesa z zespołem wiejskim. Całe przedstawienie odbywało się na tle domu. Pałac budowany przez Kubickiego w stylu klasycznym doskonale pasował do greckiej sztuki. Z okazji zjazdu literatów grano Antygonę. Na drugi dzień miłą niespodzianką było śniadanie, które podawała do stołu postać ze spektaklu z poprzedniego dnia.
Szczególnie uroczystym przedstawieniem był spory fragment Powrotu Odyssa, utworu świeżo napisanego przez Ludwika Morstina. Prawdziwa prapremiera. Było to 29 stycznia 1943 r. Przypadała w tym dniu 30 rocznica powstania Teatru Polskiego i 30 rocznica wystawienia Zilii Ludwika Morstina oraz 50-lecie nowego budynku Teatru Krakowskiego. Zaproszono tylko osoby wtajemniczone, brata pana domu - Alfreda Morstina z żoną, siostrę Mańę Górską i pp. Grzybowskich z Krakowa. Główną rolę, Penelopy, grała pani domu Janina Morstinowa, moja siostra dostała rolę Laertesa, a ja grałam służebnicę Melanto, siostrzenica zaś wuja, Anna Górska - Telemaka. Przed rozpoczęciem przedstawienia p. Krystyna Grzybowska wygłosiła prelekcję pt. Trzy rocznice.
Z okazji imienin Pani domu graliśmy w parku wyjątek z Balladyny. Moja siostra Anusia grała Grabca, Skierkę Maja Żółtowska /córka Pawła/, a Chochlika Anna Górska. Ja dostałam rolę Goplany. Grabiec schował się do dołka i ciągnął za sznurek, żeby wierzba wyrosła. Na cześć imienin pani domu wierzba schowała się do dołka, a Grabiec pokazał się cały i zdrowy.
W czasie okupacji dom był pełen wysiedleńców. Każdy miał swoje zajęcie. Mój ojciec, Stanisław Żółtowski, pracował przy gospodarstwie. Mamaprowadziła apteczkę dla wszystkich, gotowa pomagać w dzień i w nocy. W trudniejszych wypadkach przyjeżdżał lekarz.
Gdy Niemcy zajęli całe pół domu, pełniliśmy na zmianę role podkuchennych i sprzątaczek.
Poza tym w domu prowadzono tajne nauczanie, tzw. Akademię Pławowską. Każdego przedmiotu uczył kto inny. Pan domu, Ludwik Morstin, uczył łaciny i astronomii, ciocia francuskiego, a Szyfman literatury polskiej. Jedyną fachową siłą była nauczycielka, p. Zofia, która uczyła matematyki.
W całym powiecie miechowskim była rozwinięta akcja pomocy więźniom w Krakowie. Wysyłanie paczek żywnościowych i zbiórka pieniędzy szczególnie w zimie 1942-1943 dla inteligencji krakowskiej.
Bardzo ożywiona działalność charytatywna dawała wiele radości i satysfakcji cioci, która jeszcze zajmowała się umieszczaniem dzieci lwowskich po dworach, miasteczkach i u chłopów. Piękna i miła inicjatywa to stworzenie ochronki dla dzieci z Krakowa. Dzieci w wieku od 3-7 lat wysyłało krakowskie RGO /Rada Główna Opiekuńcza/.
Bardzo wzruszające były nabożeństwa majowe i różańcowe odprawiane przez ciocię w kapliczce w parku. Przychodzili wszyscy z pałacu i cała grupa ludzi ze wsi.
Przeżyliśmy rewizję niemiecką w domu. Cała młodzież była nad stawami. Ciocia dzielna i opanowana doskonale dawała sobie radę.
13 stycznia 1945 r. dowiedzieliśmy się z radia, że rozpoczął się na froncie wschodnim atak generalny. Całą noc spędziliśmy nie zmrużywszy oka. Ludność wiejska i z pałacu zaczęła się pakować i przenosić do piwnic. Przez jedną noc przeszło przez pałac kilkudziesięciu żołnierzy w białych kombinezonach. Nocą zaczął się bój o okopy. Wieczorem znowu bombardowanie. Pałac, gdzie mury były grube na półtora metra, trząsł się jak domek z kart. Tak spędziliśmy parę dni.
Jak tylko skończyła się wojna, wujostwo musieli uciekać w tajemnicy wczesnym rankiem, dosłownie z podręcznym bagażem. Mieszkali jakiś czas w Krakowie, a potem ze względu na zdrowie wuja przenieśli się do Zakopanego, gdzie mieszkali kilka lat.
Później już na stałe zamieszkali w Warszawie, gdzie zmarła najpierw ciocia, a rok później wuj. Śmierć wuja to ogromna strata dla literatury polskiej. To był wielki poeta i człowiek o wielkim sercu dla każdego.
W swojej książce Moje spotkania z ludźmi pisał o każdym same miłe, dobre rzeczy, tak jakby od nikogo nigdy nie doznał żadnej krzywdy. Zupełnie jakby to było spotkanie z aniołami.
Wujostwo Morstinowie to było naprawdę kochające się małżeństwo. Gdyby nie ciocia, sztuki i wiersze wuja, cały dorobek literacki znalazłby się w koszu na śmieci. To właśnie ciocia zbierała karteczki, kompletowała, przepisywała i dawała do druku. Ciocia pozostanie mi w pamięci jako bardzo uczynna, miła i piękna osoba. Jej wizerunek był na przedwojennych monetach 2 zł, 5 zł i 10 zł wg projektu Madeyskiego.
W trudnych chwilach potrafiła zachować zimną krew. Była bardzo odważna. W czasie jej pogrzebu ktoś złożył na trumnie wieniec z napisem: "Cześć pamięci Wielkiej Opiekunce Bezdomnych Warszawiaków".
1 Zmarł 6 lutego 1996 r., w wieku 104. lat, - B.W.